Adeus, Rio (22) – Żeglarstwo

Tak jak pisaliśmy w cyklu rozpoczynającym igrzyska „Olá, Rio”, żeglarze obok lekkoatletów i kajakarzy byli naszą wielką szansą medalową. Niestety nasi zawodnicy nie sprostali oczekiwaniom. Nie poradzili sobie z presją, czy może jednak ze zmiennymi warunkami?

Polskie żagle bez błysku

Głównymi faworytami do olimpijskiego podium byli nasi deskarze – Piotr Myszka i Małgorzata Białecka. Oboje są tegorocznymi złotymi medalistami mistrzostw świata, więc nic dziwnego, że pokładaliśmy w nich tak duże nadzieje. Bardzo dobrze rywalizację rozpoczął Myszka. Przez większą część rywalizacji płynął równo, jednak kryzys dopadł go podczas ostatniego dnia kwalifikacji. Polak mógł zapewnić sobie medal, tymczasem trzy miejsca poza czołową piętnastką i najgroźniejsi rywale zbliżyli się do niego na kilka punktów. Szkoda tym bardziej, że oni również nie prezentowali wysokiej dyspozycji tego dnia, bo zajmowali miejsca w drugiej dziesiątce. Ostatecznie Polak ukończył zmagania na czwartej pozycji. Liczyliśmy na złoto lub co najmniej na powtórzenie wyniku Przemysława Miarczyńskiego, sprzed czterech lat gdzie był trzeci. Po tym występie pozostaje spory niedosyt gdyż medal był na wyciągnięcie ręki.

Kompletnie nie wyszedł występ Małgorzacie Białeckiej. Polka rozpoczęła rywalizację od lokat w drugiej i trzeciej dziesiątce, co zwiastowało brak formy. Niestety kolejne nieudane wyścigi sprawiły, że Polka nie liczyła się w walce o czołowe lokaty i zakończyła rywalizację na czternastej pozycji. Jest to zdecydowanie jedna z większych niespodzianek in minus tych igrzysk. Pozostali Polacy spisali się na miarę swoich możliwości. Startujący w klasie 49er Łukasz Przybytek i Paweł Kołodziński spisywali się bardzo dobrze do połowy rywalizacji, utrzymując lokatę na podium. Niestety druga część zmagań była dużo słabsza w ich wykonaniu i ukończyli regaty na ósmym miejscu. Swoją pozycję w porównaniu z ubiegłymi igrzyskami poprawiła Agnieszka Skrzypulec, która wówczas w parze z Jolantą Ogar zajęły dwunaste miejsce. Tym razem było lepiej. Skrzypulec, której partnerką była Irmina Mrózek-Gliszczyńska zajęły dziesiątą pozycje. Nieco gorzej poszło Kacprowi Ziemińskiemu. Polak, dla którego były to już trzecie igrzyska, zajął osiemnastą lokatę, o jedno „oczko” niżej niż w Londynie.

Dominacja faworytów

W klasie RS:X, oprócz Piotra Myszki, jednym z głównych kandydatów do olimpijskiego złota był Nick Dempsey. Doświadczony Brytyjczyk, dla którego były to już piąte igrzyska bardzo liczył, że na zakończenie jego olimpijskiej kariery uda mu się sięgnąć po upragniony złoty medal. Skończyło się jednak jak przed czterema laty w Londynie. Dempsey musiał uznać wyższość obrońcy tytułu, Holendra Doriana van Rijsselberghe i zadowolić się srebrem. Należy szczerze powiedzieć, że przy takiej formie, jaką prezentował Holender, nikt nie był w stanie nawiązać z nim wyrównanej walki, a przewaga nad kolejnymi rywalami była tak duża, że jego triumf był przesądzony przed wyścigiem medalowym. Podobnie sytuacja miała się w klasie Finn oraz w klasie 49er. Zwycięzcy w rundach kwalifikacyjnych budowali wystarczającą przewagę, żeby już przed decydującym wyścigiem medalowym zapewnić sobie olimpijski triumf. W klasie Finn, Giles Scott, czterokrotny mistrz świata i rodak Dempseya do wielu medali dorzucił jeszcze mistrzostwo olimpijskie. Prezentował bardzo wysoką i równą formę i osiągnął tak dużą przewagę nad drugim w klasyfikacji Słoweńcem Zbogarem, że wyścig medalowy był tylko formalnością. Do rewanżu za ubiegłe igrzyska doszło w klasie 49er. Nowozelandczycy Burling i Tuke, wielokrotni mistrzowie świata odnieśli znaczne zwycięstwo nad Australijczykami Outteridgem i Jensenem. W Klasie 470, rywalizacja przebiegała podobnie. Chorwaci wypracowali sobie dużą przewagę, jednak tym razem swoje zwycięstwo musieli przypieczętować w wyścigu medalowym. Natomiast zupełnie inny przebieg miała rywalizacja w klasie Laser. Tom Burton z Australii, złoto wywalczył w wyścigu medalowym, do którego przystępował z drugiego miejsca, ze znaczną stratą do Chorwata Tonci Stepanovicia. Mimo to, zdołał wyprzedzić zawodnika z Chorwacji i zwyciężyć.

Mistrzynie świata bez medalu

Wśród kobiet, żadnej z załóg, będących obecnymi mistrzyniami świata nie udało się powtórzyć sukcesu w igrzyskach olimpijskich. Niestety sami tego doświadczyliśmy. W klasie RS:X tegoroczną mistrzynią świata była Małgorzata Białecka. Polka jednak nie zaimponowała formą na igrzyskach i zajęła odległą lokatę. Podobnie  sytuacja miała się w klasach Laser Radial i 470. Alison Young z Wielkiej Brytanii, mistrzyni świata z tego roku z Nayarit w klasie Laser Radial, również nie zdołała stanąć na podium. Awansowała jednak do wyścigu medalowego, ale zakończyła zmagania na siódmej pozycji. W klasie 49er FX mistrzynie świata, także zakończyły rywalizację bez medalu. Hiszpanki Támara Echegoyen i Berta Betanzos zajęły czwartą lokatę. Medal jednak był naprawdę blisko, gdyż do wyścigu medalowego przystępowały z taką samą ilością punktów co Dunki, jednak to właśnie zawodniczkom z północnej Europy lepiej poszło w ostatniej rundzie i to one zgarnęły brąz. Jedynymi mistrzyniami globu, które zdołały ukończyć kilkudniową rywalizację na podium, były Francuzki Camille Lecointre i Hélène Defrance. Startujące w klasie 470 zawodniczki zajęły trzecią pozycję.

Wiecznie młody i waleczny Santi

Niewątpliwie nie da się nie wspomnieć o jednym z największych  bohaterów igrzysk w Rio de Janeiro, jakim jest Argentyńczyk Santiago Lange. Jest on idealnym przykładem na to, że mimo przeciwności losu da się osiągnąć sukces. Lange wraz z Cecilią Carranzą Saroli, zdobył złoty medal w klasie Nacra17. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Santiago urodził się 22 września 1961, czyli ma 55 lat. Pokonał on o wiele młodszych od siebie rywali, którzy mogliby być jego dziećmi. Poniekąd jest to prawda, gdyż w klasie 49er z Łukaszem Przybytkiem i Pawłem Kołodzińskim rywalizowali jego synowie. Nie powtórzyli sukcesu ojca, ale miejsce w czołowej ósemce, to bardzo dobry rezultat. Jednak nie wiek czy tytuł najstarszego medalisty tych igrzysk, czyni z niego bohatera. Santiago pokonał bardzo długą drogę aby się na znaleźć na olimpiadzie. Rok temu, zdiagnozowano u niego nowotwór, w wyniku czego stracił część płuca. Mimo to, powrócił do sportu w jakże spektakularnym stylu. W jednym z wywiadów powiedział, że to właśnie synowie byli motywacją, to dzięki nim powrócił do sportu i dzięki nim zdobył ten medal.