Adeus, Rio (4) – Triathlon

Plaża, ocean… piasek i woda. Do tego dobra pogoda. Na Copacabanie tym razem jednak bez koców i leżaków. Tłumy co prawda są – lecz w specjalnie wyznaczonym miejscu. 18 i 20 sierpnia w godzinach (czasu brazylijskiego) porannych na plaży rządzili triathloniści, którzy właśnie z tego miejsca rozpoczynali swój start. Być może nie było takich emocji jak w Londynie, jednak przytrafiły się rzeczy, dzięki którym ten właśnie start zapamiętamy na długo.

Wystawieni na żywioł
Po raz pierwszy w olimpijskiej historii triathloniści i triathlonistki pływali na otwartym oceanie. W Brazylii pływano na Atlantyku, w pobliżu legendarnej Copacabany. Dotychczas organizatorzy nie wystawiali zawodników na tak nieosłonięte wody. W debiucie tej dyscypliny w Sydney w 2000 roku pływano w naturalnej zatoce portowej. W zatoce ścigano się również w Atenach. W Pekinie zmagania odbyły się na sztucznym jeziorze, a w Londynie na stawie w Hydeparku.

Mniej kolarstwa
Co do trasy – mieliśmy jeszcze jedną niespodziankę. Standardowy wyścig triathlonistów odbywa się na dystansie 1,5 km pływania, 40 km jazdy na rowerze i 10 km biegu. Ku zaskoczeniu wszystkich, niemal w ostatniej chwili, okazało się, że trasa kolarska nie liczyła sobie 40 km, a nietypowe 38,48 km! Nie wiadomo co było przyczyną tej decyzji. Wiadomo jednak, że… zawodnicy pojechali po prostu nieco inną trasą. Poniżej mogą Państwo zobaczyć różnice między trasą planowaną, a tą którą rzeczywiście jechano:

Screen z Google Maps

Rozstrzygnięcia przed czasem
Wielu z nas bardzo dobrze pamięta zawody triathlonistek z Londynu. Tam na finiszu ścigały się jeszcze Nicola Spirig i Lisa Norden. Dopiero na ostatnich metrach Szwajcarka wydarła złoto Szwedce. W Rio, mimo widowiskowej trasy, na podobne emocje aż do linii mety nie mogliśmy liczyć. Zarówno w wyścigu męskim, jak i żeńskim już podczas etapu kolarskiego tworzyła się wyraźna grupa liderów. Na początku biegu z owej grupy wyłaniały się dwie osoby, które biły się ze sobą o złoto. Niestety jednak nie do samej linii mety. Jeszcze na kilka kilometrów przed nią jeden z dwójki uciekających opadał z sił i musiał pogodzić się ze srebrem.

Braterskie wsparcie
Aż nieprawdopodobne jest to, co na trasie wyczyniają bracia Brownlee. Cztery lata temu, biegnąc „u siebie” zdołali zdobyć dwa medale – złoty (Alistair Brownlee) i brązowy (Jonathan Brownlee). Tym razem, dzięki perfekcyjnej braterskiej współpracy byli w stanie wywieźć z Rio złoto i srebro. Od początku brytyjscy bracia trasę pokonywali będąc blisko siebie. Pływanie poszło im nieźle, podczas jazdy na rowerach to oni właśnie najczęściej zmieniali się na prowadzeniu, nadając tempo grupie liderów złożonej z 10 zawodników. Kiedy tylko rozpoczął się bieg, obaj pognali do przodu. Przez długi czas zdawało się, że Alistair „holował” Jonathana, który mógł w miarę spokojnie biec za nim. Dopiero, gdy przewaga nad resztą stawki była bezpieczna, bracia rozdzielili się – Alistair pobiegł po kolejne złoto olimpijskie, a Jonathan tym razem po olimpijskie srebro.

Zawód za oceanem
O ile za oceanem Atlantyckim nastąpiła radość z medali braci Brownlee, o tyle z drugiej strony – za oceanem Spokojnym entuzjazmu nie podzielali kibice z Australii. Jak dotąd triathlon kobiet był dla nich pewnikiem do medalu. Odkąd dyscyplina ta pojawiła się z olimpijskim kalendarzu, zawsze Australijka stawała na podium. Tym razem nie było co prawda murowanej kandydatki, wielu liczyło jednak na Emmę Moffatt. Ta rzeczywiście długo utrzymywała się w czołówce. Jeszcze na początku biegu wydawało się, że może coś w tym wyścigu ugrać. Z kilometra na kilometr zaczęła jednak słabnąć i ostatecznie zajęła 6. miejsce.

Agnieszka Jerzyk zadowolona
My mogliśmy się emocjonować startem naszej jedynej reprezentantki – Agnieszki Jerzyk. Polka ukończyła zmagania na 22. miejscu, z czego jest zadowolona. Co prawda nie udało się wskoczyć do czołowej „10”, sama zawodniczka uznała jednak, że celem głównym było poprawienie pozycji z poprzednich igrzysk (w Londynie Jerzyk była 25.), a to udało się osiągnąć. Jerzyk zanotowała – jak na siebie – bardzo dobre pływanie, które sama określa mianem „życiowego”. W wodzie straciła tylko 49 sekund do liderki, a na ląd wyszła jako 42. Później było już zgodnie z planem, czyli coraz lepiej. Znakomita jazda na rowerze pozwoliła zakręcić się na przełomie drugiej i trzeciej dziesiątki. Na więcej nie pozwoliła grupa liderek, która w 18-osobowym gronie pomknęła w kosmicznym tempie do mety. Udany bieg przyniósł naszej rodaczce ostatecznie 22. pozycję, którą powinniśmy przyjmować z optymizmem.

Jednej walki nie ukończyła, ale trudniejsza wciąż trwa
Reprezentantka egzotycznego Mauritiusu – Fabienne St. Louis wycofała się już w trakcie części pływackiej. Nie byłoby w tym może nic szczególnego, gdyby nie fakt, iż odważyła się startować mimo walki z rakiem! W grudniu zeszłego roku lekarze zdiagnozowali u niej nowotwór ślinianki. Choć informacja była szokująca, ona wciąż starała się przygotowywać do spełnienia swoich marzeń. Przygotowywała się do występu na Igrzyskach Olimpijskich. Niestety, nie zdołała ukończyć olimpijskiego triathlonu, ale najważniejsze starcie jej życia wciąż trwa! Życzymy zdrowia!

WYNIKI TRIATHLONU ZNAJDZIECIE >>TUTAJ<<