Adeus, Rio (24) – Lekkoatletyka

Choć igrzyska skupiają przedstawicieli wielu dyscyplin, oczy kibiców zawsze z większą uwagą zwrócone są na „królową sportu”. To tutaj najjaśniej błyszczą gwiazdy i padają rekordy, o których mówi się latami. Emocji nie zabrakło też w Rio.

Fantastyczne rezultaty

Choćby narzekano na ogólną organizację zawodów, jednej rzeczy nie można zmaganiom w Rio odebrać – fantastycznych rezultatów, które padały na Stadionie Olimpijskim. Pierwszy padł już pierwszego dnia. Etiopka Almaz Ayana w samotnym biegu wyraźnie (o ponad 14 sekund) poprawiła 23-letni wynik Chinki Junxia Wang. Dwa dni później byliśmy świadkami jeszcze większej niespodzianki i jeszcze większego przeskoku. Wayde van Niekerk nieomal złamał magiczną granicę 43 sekund w biegu na 400 m. Jest mistrzem świata, więc zaliczano go do grona faworytów, ale czas 43.03 zszokował chyba wszystkich, włączając w to Michaela Johnsona, którego 43.18 s wydawało się na razie nie do osiągnięcia przez nikogo. Zapewne zawodnikowi z RPA pomógł fakt startu z 8. toru. Nie mógł kontrolować rywali i od początku do końca biegł pełnią sił. Jak się okazało, miał ich tyle, że przebiegł jedno okrążenie stadionu tak szybko, jak jeszcze nikt na świecie. Trzeci rekord świata wszyscy pamiętamy bardzo dobrze, choć jest już historią. Anita Włodarczyk najpierw pobiła rekord olimpijski, a następnie została pierwszą kobietą w historii, która rzuciła młotem powyżej 82 metrów (82.29 m).

Nie brakowało również rekordów olimpijskich. Po raz pierwszy na igrzyskach przeskoczono poprzeczkę zawieszoną na wysokości 6 metrów lub wyżej. Bohaterem tego historycznego momentu nie został jednak ten, po którym najbardziej byśmy się tego spodziewali – rekordzista świata Renaud Lavillenie. Został nim Brazylijczyk Thiago Braz, który 6 metrów nie przeskoczył nigdy wcześniej w karierze, a u siebie oprócz niespodziewanego rekordu, zdobył też niespodziewany złoty medal. Kolejne wyniki, których igrzyska jak dotąd nie widziały, padły w biegu na 3000 m z przeszkodami mężczyzn (Conselsus Kipruto – 8:03.28), pchnięciu kulą mężczyzn (Ryan Crouser – 22.52 m) i biegu na 5000 m kobiet. W tym ostatnim oczy kibiców zwrócone były na Almaz Ayanę, po której spodziewano się już nawet nie tylko dubletu złotych medali, ale też i rekordów świata. Ayana przybiegła jednak dopiero trzecia, a kibice musieli zadowolić się rekordem olimpijskim, który przypadł w udziale Kenijce Vivian Cheruiyot (14:26.17). Wynik Romana Sebrle z Aten (8893 pkt) wyrównał Ashton Eaton. O krok od rekordu globu była też Ruth Jebet, ale nie będąc świadoma wyniku, odpuściła ostatnie metry i tak odnosząc pewne zwycięstwo. Forma jednak została i Jebet o ponad 6 sekund poprawiła rekord na 3000 z przeszkodami kobiet podczas mityngu Diamentowej Ligi w Paryżu.

Poza tym wiele rekordów kontynentów i krajów (choć akurat rekordy Polski padły tylko 2. W rzucie młotem (już poprawiony) i rzucie oszczepem kobiet), a także kilka najlepszych w tym roku wyników na świecie (Rudisha, Clement, Taylor, C. Harting, Thompson na 200m, Miller, Semenya, Ibarguen, Carter, Thiam, wszystkie zwycięskie sztafety w finałach). Teoretycznie w tym gronie znalazła się też Maria Andrejczyk, której rzut z eliminacji (67.11 m) zszokował większość polskich kibiców, choć dalej rzucała w tym roku Wira Rebryk (67.30 m). Urodzona na Krymie była mistrzyni Europy od zeszłego roku startuje jednak dla Rosji, przez co ominęły ją tak igrzyska olimpijskie, jak i uznanie jej wyniku za najlepszy w tym roku na świecie.


„Brak prądu”

Wielu kibiców w Polsce zapewne zastanawia się, jak to się dzieje, że z mistrzostw świata przywozimy 8 medali, a niecały rok później na IO zdobywamy zaledwie 3. Na to pytanie nie są jednak w stanie odpowiedzieć nawet sami zawodnicy. Nie można powiedzieć, że „świat nam uciekł”, jak to się często mówi np. w przypadku pływania. Ciężko też mówić o słabiej formie, kiedy ME tuż przed, czy mityngi tuż po igrzyskach, pokazują co innego. Analizując chociażby wypowiedzi samych sportowców, nie można dojść do żadnego logicznego wniosku. Utytułowani i doświadczeni lekkoatleci, nagle nie byli w stanie zaprezentować się na swoim normalnym poziomie. Tym bardziej, że mówili otwarcie, że nie ma na co zrzucić winy. Przygotowali najwyższą formę, a tu z niewyjaśnionych przyczyn „odcięło im prąd” i choć „miało być dobrze, to (…) nie było”. Zatrważająca jest liczba naszych zawodników, którym się to przytrafiło (Cichocka, Kszczot, Krystian Zalewski, Wojciechowski, Fajdek, Lićwinko, by wymienić tylko tych, którzy już pokazywali, że są w stanie radzić sobie z presją i stać ich było na więcej). Może pojawiły się problemy natury psychicznej, a może fizycznej. Ciężko to teraz ocenić, a bardziej niż pretensje, pozostaje żal, pewnie dużo większy u samych zawodników, dla których mogła to być jedyna taka okazja w karierze. Na analizę wszystkich występów Biało-czerwonych nie wystarczy tu miejsca. Niektórym przeszkodziły problemy pozasportowe (Dobek, Shegumo), a niektórzy rzeczywiście przyjechali do Rio bez formy. Ale przecież nie wszędzie było tak źle.

Podczas gdy jednym nie szło, inni pokazali się naprawdę z bardzo dobrej strony. Anita Włodarczyk po prostu perfekcyjnie wykonała swoje zadanie, a Piotr Małachowski miał pecha, że młodszy z Hartingów „odpalił” akurat w najmniej fortunnym dla nas momencie. Wojciech Nowicki udanie zastąpił Pawła Fajdka, choć sam nie był zadowolony ze swoich rzutów i gdyby sędziowie uznali mu pierwszą próbę, być może konkurs potoczyłby się inaczej. Na brawa zasługują nasze młode nadzieje: Maria Andrejczyk, którą po ME skazywano na przepadnięcie w eliminacjach, a która o mało nie stała się naszą największą sensacją igrzysk; Sofia Ennaoui, za finał biegu na 1500 m; czy Ewa Swoboda, za wyrównany trzeci wynik w karierze. Wbrew temu co mówią oficjalne wyniki, ważną lekcję ma za sobą Konrad Bukowiecki. Pewne przejście eliminacji i rywalizacja z seniorami jak równy z równym są taką rzadkością w jego wieku w tej konkurencji, że o stan pchnięcia kulą po zakończeniu kariery przez Tomasza Majewskiego nie powinniśmy się martwić. Było widać, że nie przyjechał do Rio tylko po naukę, a że teraz się nie udało, nie znaczy, że nie uda się później.

Nie można też zapomnieć o fantastycznym, trochę niespodziewanym piątym miejscu Joanny Jóźwik na 800 m (abstrahując już od jej wypowiedzi na temat medalistek – one też są do pokonania), czy miejscach w finałach naszych sztafet (powraca wątek „odciętego prądu”, obie sztafety pobiegły wolniej niż w eliminacjach). Najlepszy wynik w sezonie Marcina Lewandowskiego też należy zapisać po stronie sukcesów. Tak jak i 4. miejsce Piotra Liska. Choć ogólnie rzecz biorąc, 10 miejsc polskich lekkoatletów w czołowej ósemce, to nie jest wynik, którego byśmy się spodziewali po kraju, który wygrał klasyfikację medalową mistrzostw Europy.

Zrobił to!

Wiele osób czekało na igrzyska, by przekonać się czy Usain Bolt jest w stanie przejść do historii, po raz trzeci z rzędu zdobywając 3 złote medale. Miało być najtrudniej, bo wiek już nie ten, bo kontuzje, przez które długo nie startował, no i dlatego, że znowu świetną formę w ciągu sezonu prezentował jego nemezis – Justin Gatlin. Wyszło jednak jak zwykle. Gatlin nie wytrzymał presji. Na tyle, że nie wszedł nawet do finału na 200 m i zawalił Amerykanom finał sztafety. Bolt, jak zwykle pewny siebie, robił show uśmiechając się podczas biegów to do rywali, to do fotoreporterów. Tylko Gatlin mógł mu przeszkodzić, ale tego nie zrobił. Jamajczyk więc, po raz kolejny wziął co jego. Trzy złote medale i miejsce na tronie najlepszego sprintera wszech czasów.

Gwiazd, które błyszczały na stadionie im. zmarłego podczas igrzysk Joao Havelange’a, było więcej, ale nikt nie był w stanie przyćmić Bolta. Choć swoimi wynikami mogli to zrobić van Niekerk czy Włodarczyk, Bolt kończy swoją olimpijską przygodę w blasku chwały. Czy widać następców? Mo Farah wyrównał rekord Lasse Virena (dublet na 5000 i 10000 m na dwóch igrzyskach z rzędu), w Tokio pewnie będzie chciał sprawdzić się w maratonie, a stamtąd już dalej do blasku fleszy, choć przynajmniej jest się honorowanym podczas ceremonii zamknięcia. Blisko hat-tricka była Elaine Thompson, której złota na 100 i 200 m były pierwszym takim wyczynem u pań od 1988 roku. W męskim sprincie błysnął Andre de Grasse, a może wkrótce drogą LaShawna Merritta podąży Wayde van Niekerk i zobaczymy go biegającego „dwusetkę”? Trzy medale na swoim koncie zapisały też Alysson Felix i Tori Bowie, po dwa Tianna Bartoletta, Almaz Ayana, Vivian Cheuiyot, Shelly-Ann Fraser-Pryce, LaShawn Merritt i Taoufik Makhloufi. Gdyby Nafissatou Thiam ostatecznie nie wycofała się ze startu w konkursie skoku wzwyż, pewnie też zgarnęłaby drugi medal (w tej konkurencji do siedmioboju skoczyła 1.98 m, wyżej niż Ruth Beitia).

Amerykańska dominacja

USA kolejny raz zdominowało rywalizację lekkoatletów. 32 medale, z czego 13 złotych, to wynik kosmiczny. Szczególne wrażenie robi jednak ich postawa na bieżni, tam, gdzie wiele konkurencji zdominowanych jest przez zawodników z Afryki. Biegacze Stanów Zjednoczonych pobiegli w absolutnie wszystkich finałach konkurencji biegowych. Ba, tylko w dwóch nie znaleźli się w ósemce (5000 m kobiet i zdyskwalifikowana sztafeta 4×100 m mężczyzn). To tylko świadczy o wszechstronności i znakomitym przygotowaniu zawodników z tego kraju. A często medaliści z tych biegów nie byli stawiani w roli faworytów. Konia z rzędem temu, kto stawiał, że niejaki Clayton Murphy, choć mistrz kraju na 800 m, dojdzie do finału i zdobędzie w nim medal. Emma Coburn zdobyła pierwszy w historii medal dla USA na 3000 m z przeszkodami kobiet. Dalilah Muhammad została pierwszą amerykańską mistrzynią olimpijską na 400 m przez płotki. Nie ma też żalu po niewysłaniu Kendry Harrison, rekordzistki świata z tego roku na 100 m przez płotki. Amerykanki i tak zgarnęły wszystkie miejsca na podium. Zresztą w konkurencjach technicznych też Amerykanie okazali się najlepsi. Fakt, że mieli faworytów w osobach Ashtona Eatona czy Christiana Taylora, ale już złoto Michelle Carter w kuli czy dwa medale w skoku o tyczce można uznawać za niespodzianki. Dopełnieniem fantastycznego występu był brąz Galena Ruppa w maratonie.

Dyskwalifikacje i bezprecedensowe decyzje sędziów

Dawno nie byliśmy świadkami tak niecodziennych sytuacji na lekkoatletycznych zawodach tej rangi. Sędziowie pokazali nam wachlarz nowych rozwiązań, a w niektórych konkurencjach wyniki zmieniały się co kilka minut. Najszerzej komentowaną sytuacją był przypadek żeńskiej sztafety USA 4×100 m. Amerykanki upuściły pałeczkę na drugiej zmianie w biegu półfinałowym, wypadając z walki o medale, choć jak się okazało, nie na długo. W złożonym po biegu proteście, obóz USA twierdził, że zła zmiana była wynikiem potrącenia Allyson Felix przez biegnącą na torze obok zawodniczkę z Brazylii. Sędziowie uznali rację Amerykanów, ale nie mogli zrobić tego, co normalnie czyni się w takich sytuacjach, czyli „dołożyć” jednej sztafety do grona finalistek – bieżnia w Rio jest przecież ośmiotorowa. Pomyśleli więc, że najsprawiedliwszym rozwiązaniem będzie danie Amerykankom drugiej szansy. Niech ścigają się z czasem, w dodatkowym, samotnym biegu. Tak też zrobiono, a jedne z faworytek do medalu tym razem problemów ze zmianami nie miały. Jak na treningu, dobiegły do mety z najlepszym czasem półfinałów, wyrzucając Chinki z dalszej rywalizacji. W finale sięgnęły po złoty medal.

Dodatkowe biegi dostali też płotkarze. Pechowo, eliminacje biegu na 110 m przez płotki wypadły w ulewnym deszczu. Rozegrano 2 pierwsze biegi, po czym zadecydowano o przeczekaniu deszczu i sesję zawieszono. Wznowiono ją kiedy przestało padać, dokończono biegi płotkarzy i, jak się można było spodziewać, nikt z pierwszych dwóch biegów nie załapał się do grona „lucky looserów”. Niektórzy z nich nawet nie dobiegli do mety, przez fatalne warunki pogodowe. Powtórzenie biegów nie wchodziło w grę, bo przecież z każdego już awansowało po 4 zawodników, którym nie po drodze byłoby ponowne bieganie. Ale ta ósemka, która na tamtym etapie odpadła, była innego zdania. Zawsze przecież można zorganizować dodatkowy bieg i ścigać się z czasem (a przynajmniej od Rio). Tak też zrobiono, dodatkowy bieg wygrał Jamajczyk Deuce Carter, a Serb Milan Ristić, który był ostatnim zakwalifikowanym z czasem, nagle znalazł się poza półfinałami.

Ponownie dał o sobie znać Mahiedine Mekhissi-Benabbad. Francuz przybiegł na metę biegu na 3000 m z przeszkodami 4., ale cieszył się jakby skończył z medalem. A to dlatego, że na trasie dostrzegł jak Ezekiel Kemboi, po wyjściu z rowu z wodą, zrobił krok poza bieżnią. Nie musiał już się z nim ścigać, po biegu zgłosił protest i zdobył trzeci medal olimpijski w tej konkurencji (jako pierwszy w historii, ten sam sukces mógł odnieść w Rio… Kemboi). Dyskwalifikacji zresztą na igrzyskach nie brakowało, choć czasem dość krótkotrwałych. Około godziny z medalu w chodzie na 50 km cieszył się Kanadyjczyk Evan Dunfee. Trzeciego na mecie Japończyka Arai zdyskwalifikowano za odepchnięcie właśnie Kanadyjczyka, ale po kontrproteście Azjatów, brąz wrócił na szyję chodziarza, który minął linię mety jako trzeci. Jeszcze krócej medalistą biegu na 1500 m był Bernard Lagat. Bieg skończył na 5. miejscu, ale niedługo po nim zdyskwalifikowano 2. Chelimo i 4. Ahmeda. Znowu wystarczyło jednak złożyć apelację i wszystko wróciło do swojego porządku.

Nie zapominajmy też o sztafetach. Porażka amerykańskich sprinterów z Usainem Boltem była wyraźna, a zwieńczyło ją odebranie medalu sztafecie 4×100 m mężczyzn. Justin Gatlin tak bardzo był myślami przy swoich zwycięskich igrzyskach w Atenach, że przechwycił pałeczkę jeszcze przed początkiem strefy zmian. Dzięki temu, Tyson Gay ciągle nie ma na swoim koncie żadnego medalu igrzysk olimpijskich. Z kolei Andre de Grasse może pochwalić się już trzema krążkami tej imprezy. Problem z utrzymaniem się w strefie zmian miała też brytyjska sztafeta 4×400 m mężczyzn, która wygrała swój półfinał, ale w finale nie pobiegła, podobnie jak i zespół Trynidadu i Tobago. Pozostając jeszcze w temacie dyskwalifikacji, można nadmienić te oczywiste, które pozbawiły walki o medale zawodników liczących się w swoich konkurencjach. Za przepychanki zdyskwalifikowano Filipa Ingebrgtsena, a za falstarty – Javiera Culsona i Wilhelma Belociana.

Z ciekawostek związanych z sędziowaniem, warto też przywołać dość zabawną sytuację z konkursu skoku wzwyż. Robbiemu Grabarzowi zaliczono skok na 2.33 m, mimo że poprzeczka spadła ze stojaków. A to dlatego, że sędzina podniosła białą chorągiewkę jeszcze w momencie drżenia poprzeczki. Po jej upadku wprawdzie szybko zmieniła zdanie, ale Brytyjczyk uznał, że nie można jednocześnie zaliczyć i nie zaliczyć danego skoku. Decyzję oprotestował i mógł spokojnie skupić się na kolejnych wysokościach. Wróćmy też na chwilę do Wojciecha Nowickiego i jego spalonych prób w finale. Tam też sędziowie musieli się poprawiać i z opóźnieniem zaliczyli Polakowi drugi rzut, który początkowo uznali za przekroczony. Oczywiście duża w tym zasługa Nowickiego, który poprosił o jego zmierzenie mimo czerwonej flagi.

Przepisy są jednak przepisami i musimy wierzyć, że wszystkie decyzje, podejmowane przez doświadczonych sędziów z całego świata, posłużyły jak najsprawiedliwszym rozstrzygnięciom na najważniejszej imprezie sportowej czterolecia.

PEŁNE WYNIKI