Adeus, Rio – Tenis ziemny (18)

Już w nocy w poniedziałkowy wieczór zaczną się wielkie emocje związane z ostatnim w roku turniejem wielkoszlemowym, czyli nowojorskim US Open. Tymczasem wróćmy jeszcze do tego, co działo się w Rio de Janeiro.

Bez sensacji
Jerzy Janowicz, nasz jedyny singlista, nie sprawił niespodzianki i odpadł w pierwszej rundzie. Był jednak bardzo blisko wygrania pojedynku z Luksemburczykiem Gillesem Mullerem. Miał nawet piłki meczowe. Mimo to zawodnik z niewielkiego księstwa wygrał z Polakiem, a później sensacyjnie pokonał francuza Jo-Wilfrieda Tsongę. Choć „Jerzyk” turnieju nie zawojował, to nie można mieć do niego najmniejszych pretensji. Olimpijski pojedynek był dopiero trzecim dla Łodzianina w tym sezonie. Parę miesięcy temu występ w Rio wydawał się niemal niemożliwy z powodu kontuzji. Janowiczowi udało się jednak wrócić do treningów i dzięki „zamrożonemu rankingowi” wystąpić na brazylijskich kortach. Mecz był przegrany, ale po dobrej grze naszego reprezentanta. Porażki z Luksemburczykiem nie należy się wstydzić. Muller, mimo dość egzotycznego w świecie sportu pochodzenia, to bardzo dobry tenisista, który ma w swoim dorobku między innymi ćwierćfinał US Open.

God save(d) the king!
Dzięki pokonaniu w finale Juana Martina del Potro (o którym więcej za chwilę) Brytyjczyk Andy Murray przeszedł do historii jako pierwszy obrońca tytułu mistrza olimpijskiego w historii. Wcześniej nikomu nieudała się ta sztuka. W ten sposób Szkot, najmniej utytułowany zawodnik „wielkiej czwórki”, dokonał czegoś, czego oni dokonać prawdopodobnie nie zdążą.
Po brąz sięgnął Japończyk Kei Nishikori, który w „finale pocieszenia” pokonał Rafaela Nadala (który i tak wrócił z Rio ze złotem).

Pogromca „Djoka” po przejściach
Sensacyjnym srebrnym medalistą został Argentyńczyk Juan Martin del Potro. „Delpo” od 2014 roku (znów) zmagał się z kontuzją nadgarstka. Wówczas, w marcu, przeszedł drugą operację swojego wrażliwego stawu. Do gry wrócił dopiero rok później, jednak po zagraniu styczniowego turnieju w Sydney nadgarstek znów dał o sobie znać. Argentyńczyk próbował jeszcze wrócić, jednak szybko odpadł w marcowym turnieju w Miami i w czerwcu ubiegłego roku znów położył się na operacyjnym stole. Nie poddał się. W lutym bieżącego roku znów powrócił do gry. Występuje w turniejach korzystając z prawa do „zamrożonego rankingu” lub „dzikich kart” od organizatorów. Nie osiągał jednak takich wyników jak kiedyś. Na Wimbedonie, który był jego pierwszym wielkoszlemowym turniejem od Australian Open 2014, doszedł do trzeciej rundy. Wszystko zmieniło się w Rio. W pierwszej rundzie trafił na głównego faworyta do olimpijskiego złota – Novaka Djokovicia. Sensacyjnie pokonał go! Doszedł aż do finału. Tam uległ Murray’owi jednak po pięknej walce. Del Potro sam nie wierzył, że może tego dokonać. Po turnieju przyznał w wywiadzie, że po każdym meczu musiał przebukować bilet na samolot. Poprawił tym samym swój wynik z Londynu, gdzie zdobył brąz, pokonując w meczu o 3. miejsce… Novaka Djokovicia.

Olimpijski kompleks
Niestety ponownie w pierwszej rundzie z olimpijskim turniejem pożegnała się Agnieszka Radwańska. Isia przegrała z młodą, nieznaną Chinką Saisai Zheng. Właściwie trudno powiedzieć, czy też napisać, jak to się właściwie stało. Gra Polki totalnie się nie układała. Nie powiodło się jej też razem z Łukaszem Kubotem w mikście, choć tam do wygranej zabrakło naprawdę niewiele.
W singlu kobiet grała też Magda Linette, która do turnieju weszła niemal w ostatniej chwili, po wycofaniu się kilku zawodniczek. Był to jednak występ, o którym lepiej zapomnieć. Może to ze względu na brak czasu na odpowiednie przygotowanie, ale poznanianka zdołała ugrać tylko trzy gemy w starciu z Rosjanka Anastasiją Pawliuczenkową.

„Ajajajajajaj Puerto Rico!!!”
Sensacyjne rozstrzygnięcia przyniósł nam kobiecy turniej singlowy. Liderka rankingu, główna kandydatka do złota i obrończyni tytułu mistrzowskiego – Amerykanka Serena Williams odpadła… w trzeciej rundzie z Ukrainką Eliną Svitoliną, którą w finale turnieju w New Haven właśnie pokonała Agnieszka Radwańska. Zaskoczeniem, smutnym dla nas, była też oczywiście, wspomniana wcześniej, porażka Isi w pierwszej rundzie. Zdecydowanie największą sensacją była jednak mistrzyni olimpijska. Złoto, po fantastycznym, najlepszym w dotychczasowej karierze, turnieju zdobyła Portorykanka Monica Puig. Mająca zaledwie 22 lata zawodniczka przeszła jednocześnie do historii, zdobywając pierwsze olimpijskie złoto dla swojego kraju!

Niezła gra, kiepskie wyniki
W deblach oglądaliśmy po jednej polskiej parze. U mężczyzn zagrali Łukasz Kubot i Marcin Matkowski, a u kobiet Paula Kania i Klaudia Jans-Ignacik, które tak jak Linette wystąpiły dzięki rezygnacji kilku zawodniczek. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać po Kubocie i Matkowskim. Para ta wzięła pewien czas temu „rozwód” ze względu na brak satysfakcjonujących wyników. Polacy nie byli rozstawieni i mieli naprawdę trudne losowanie. Już w pierwszej rundzie trafili na doświadczoną hinduską parę Bopanna/Paes. Ten trudny pojedynek udało się wygrać, jednak w kolejnym trafili na jeszcze silniejszych zawodników – Hiszpanów Ferrera i Bautistę Aguta. Mimo walki i momentami naprawdę fantastycznej gry, górą okazali się być zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego.
Niezbyt wiele oczekiwaliśmy od Pauli i Klaudii, jednak one, mimo porażki w pierwszej rundzie, grały całkiem przyzwoicie. Stoczyły trzysetowy bój z prezentującą całkiem wysoki poziom parą Bouchard/Dabrowski. Nie był to może udany występ, ale też na pewno nie taki, który przyniósłby Polkom wstyd.

Złoty Nadal i Rosjanki
Zaskakujące były turnieje deblowe. U kobiet już w pierwszej rundzie odpadły broniące tytułu amerykańskie siostry Venus i Serena Williams! Ich pogromczynie, Czeszki Safarova i Strycova zdobyły brąz. Skład finału jednak zaskakujący nie był. Zmierzyły się w nim faworytki do złota – Rosjanki Wiesnina i Makarowa oraz silne Szwajcarki Hingis i Bacsinszky. Wygrały te pierwsze.
Jeszcze większe zaskoczenia przyniósł turniej męski. Już w pierwszej rundzie odpadły dwie najwyżej rozstawione pary! Solidnym, aczkolwiek niezbyt utytułowanym Kolumbijczykom Farahowi i Cabalowi nie sprostali Francuzi Herbert i Mahut, a gospodarzom – Belucciemu i Sa – bracia Andy i Jamie Murray (ten pierwszy i tak może zaliczyć igrzyska do udanych). Dość niespodziewanie brązowy medal trafił do Amerykanów Johnsona i Socka. Wygrana Hiszpanów Lopeza i Nadala niespodzianką jednak nie była. Za to obecność w finale rumuńskiej pary Mergea/Tecau już może zostać za takową uznana. Owszem była to para rozstawiona, która aspiracje medalowe miała, jednak bardziej w roli czarnego konia. Roli należycie spełnionej.

Amerykański mikst
Jak wspominałem Kubot i Radwańska z turniejem miksta pożegnali się w pierwszej rundzie. Byli co prawda blisko wyeliminowania rumuńskiej pary Begu/Tecau, jednak po bardzo zaciętym pojedynku polegli. Znów mieliśmy sensacje. Tu także poległy dwie najwyżej rozstawione pary, obydwie francuskie. Z miejscowymi Pereirą i Melo przegrali Garcia i Mahut, a z włoską parą Vinci/Fognini nie poradzili sobie Mladenović i Herbert. W finale byliśmy świadkami bratobójczego amerykańskiego pojedynku między Bethanie Mattek-Sands i Jack’iem Sock’iem oraz Venus Williams i Rajeev’em Ram’em. Wygrali ci pierwsi, a podium uzupełniła doświadczona czeska para Hradecka/Stepanek.