Czujemy spory niedosyt – rozmowa ze Zbigniewem Schodowskim

Wioślarska ósemka liczyła na medal olimpijski w Rio de Janeiro. Niestety, Polska osada dopłynęła do mety na piątej pozycji. Czy jednak możemy mówić o udanych igrzyskach dla wioślarstwa?

Dawid Lis: Cztery lata przygotowań do najważniejszej imprezy i brak medalu. Czujecie pewną pustkę po powrocie z Rio?
Zbigniew Schodowski: Ta pustka zawsze jest zależna od wyniku. Jakby wynik był lepszy, to człowiek czułby się spełniony. Tym razem jednak trochę zabrakło nam do medalu i czujemy spory niedosyt. Teraz powoli przychodzi myślenie co dalej.

D.L.: Co zawiodło według Ciebie?
Z.S.: Myślę, że zawiódł element startu. Same chwyty startowe w naszym wykonaniu to była trochę rosyjska ruletka. Raz start nam wychodzi, a raz nie. Nie mieliśmy go opanowanego do perfekcji. W finale i przedbiegach daliśmy ciała w tej kwestii. Po prostu na starcie rywale nam odeszli na znaczną odległość. Mimo że udało się przyspieszyć w drugiej części wyścigu, to strata była zbyt duża i starczyło to tylko na piąte miejsce.

D.L.: Możemy mówić o jakichś niespodziankach?
Z.S.: W ósemkach raczej nie było niespodzianek. Liczyliśmy, że po tym, jaką pracę udało nam się wykonać w okresie przygotowawczym, to będziemy wyżej. Można było się spodziewać, że złoto i srebro będą poza zasięgiem, ale pozostawała walka o brąz. My mieliśmy sprawić tę niespodziankę, ale niestety się nie udało.

D.L.: Te cztery lata w Waszym wykonaniu to była jednak dosyć spora sinusoida.
Z.S.: Dokładnie. W 2014 roku zdobyliśmy pierwszy medal dla polskiej ósemki. Myśleliśmy, że złapaliśmy dobry rytm jazdy i trzeba będzie to tylko dopracować i powielać na kolejnych zawodach. Tam z kolei brakowało nam finiszu, bo niecałe 300 metrów przed metą byliśmy drudzy. Myśleliśmy, że wystarczy dopracować ten element, żeby sięgnąć po złoto. Kolejny rok pokazał nam jednak wielkie rozczarowanie. Nie zdobyliśmy kwalifikacji, takiego scenariusza nikt się nie spodziewał. Musieliśmy walczyć o wylot do Rio podczas kwalifikacji ostatniej szansy w maju tego roku.

D.L.: W Londynie byliście siódmą osadą, w Rio piątą, więc w Tokio będzie już medal?
Z.S.: Fajnie byłoby wystartować w Tokio, ale jeszcze nie myśleliśmy o tym co dalej. Jeżeli zdecydujemy się dalej trenować, to cel będzie tylko jeden. Nie wyobrażamy sobie, żeby ktoś miał zrezygnować w połowie przygotowań. Na ten temat trzeba jeszcze pomyśleć.

D.L.: Jednak w Tokio będziecie mieli już w większości ponad 30 lat.
Z.S.: Teraz nasi najstarsi zawodnicy mają po 33-34 lata. Jeżeli ja w Tokio wystartuję, to będę miał wtedy 33. Część będzie dobijać do 30 i nie będziemy już taką młodą osadą, jak do tej pory. Raczej będziemy już najstarszą ekipą. Ale możliwe, że jeszcze skład się zmieni i będą tylko młodzi.

D.L.: Mimo wszystko możemy mówić o udanych igrzyskach dla polskich wioseł?
Z.S.: Na pewno są udane ze względu na to, że było dużo finałów. Były dwa medale, w tym ten najcenniejszy, a oprócz tego jeszcze trzy miejsca poza podium. Dwie osady wygrały też finały B, więc to pozwala myśleć, że igrzyska dla polskich wioślarzy były bardzo udane.

D.L.: To już Twoje drugie igrzyska. Jak je oceniasz organizacyjnie?
Z.S.: Jak dla mnie to igrzyska w Rio były bez porównania lepszą imprezą niż igrzyska w Londynie. Ale w Londynie byliśmy w kampusie studenckim i to było tak naprawdę około godziny jazdy od głównej wioski i nie poznaliśmy w ogóle tego smaku i klimatu igrzysk, jaki poznaliśmy teraz. To zupełnie inna atmosfera. Tysiące osób na stołówce, w ogromnym namiocie. Były wszystkie znane twarze z telewizji. Zupełnie coś innego niż mieliśmy okazję poczuć w Londynie.

D.L.: A jak wyglądała sytuacja między polskimi zespołami?
Z.S.: Często mijaliśmy się na stołówce, na korytarzach, czy w windach, ale nie dosiadywaliśmy się do przedstawicieli innych dyscyplin. Raczej siedzieliśmy we własnych ekipach.

D.L.: Widziałem zdjęcia jeszcze z treningów, to widoki mieliście fenomenalne na torze.
Z.S.: Widoki naprawdę były ekstra. Także widok na tor z góry, gdzie stał pomnik Chrystusa był genialny. Tor jednak miał to do siebie, że był trudny. Pomimo pięknych widoków był naprawdę trudny. Nie było treningu bez fali, głównie fali bocznej. Wiele razy treningi były przekładane, podobnie ze startami. Zaczynało wiać od oceanu i to, co działo się na oceanie, zaczynało się też na naszym akwenie.

D.L.: Jak reagowaliście psychologicznie na to?
Z.S.: Najgorzej było przyjechać na tor i dowiedzieć się, że nie startujemy albo trening jest przełożony. Pierwszego dnia, kiedy były problemy z zejściem na wodę, to spędziliśmy na torze 12 godzin. Na miejscu było coś zjeść i gdzie zjeść, ale mimo wszystko 12 godzin, gdzie połowa to oczekiwanie, to było męczące.

D.L.: A co robiliście w tym czasie, gdy nie dało się zejść na wodę?
Z.S.: Pierwszy dzień spędziliśmy na ustawianiu łódki. Próbowaliśmy ustawić łódkę tak samo, jak mieliśmy ją ustawioną w Polsce. Staraliśmy się przekopiować wszystkie wymiary i zajęło nam to trochę czasu. Gdy to mieliśmy dopracowane, to później spędzaliśmy czas w „rest roomie”. Tam albo spaliśmy, albo oglądaliśmy igrzyska w telewizji albo po prostu każdy zajmował się swoim telefonem.