Golf bywa w TDI, czyli problematyczne dyscypliny olimpijskie

Jak każdy ktoś indywidualnie podchodzi do uprawiania sportu wie tylko on sam, każdy ma jakieś swoje ulubione dyscypliny, ale biorąc pod uwagę masowość niektórych aktywności ruchowych występujących (bądź mających dopiero nadejść) w programie igrzysk olimpijskich, to można powiedzieć… no właśnie – co można powiedzieć?

Przypadek pierwszy: nie próbuj tego w domu. A jak spróbujesz to się zabijesz: w tej kategorii należałoby przytoczyć ubóstwiane przez mieszkańców kraju nad Wisłą skoki narciarskie. Sport dla elitarnej grupki. Aby stanąć na rozbiegu dużej skoczni nie wystarczy chęć, potrzebna jest technika ćwiczona od dziecka. Takie bieganie na stadionie lekkoatletycznym może uprawiać każdy kto ma dwie nogi i potrafi biegać, a tutaj stanięcie na rozbiegu to niezły pomysł na spektakularną próbę samobójczą. Wprawdzie ze szczenięcych lat pamiętam adeptów tej dyscypliny skaczących na skoczni, którą oceniam na K1,5, ale nie ukrywajmy: w miejscowości koło Katowic trudno zrobić z siebie Małysza, głównie z braku zaplecza. Cóż, karkołomny sport dla wybrańców.

Przypadek drugi: w Polsce i tak nie masz gdzie. I znowu przytoczę dyscyplinę zimową: bobsleje i saneczkarstwo. To cud, że w ogóle mamy zawodników. Wertując gdzieś pradawne księgi natknąłem się na informacje że Polska miała jeden za najlepszych torów na świecie. Niestety, nawet moja kochana Babcia (Babciu pozdrawiam) tego nie pamięta (nie, nie dlatego że prądu nie mieli i nie oglądała transmisji) – po prostu się jeszcze nie urodziła. Było to przed II wojną światową. Dzisiaj ta nieliczna garstka, która próbuje rywalizować na światowym poziomie robi to chyba tylko dzięki samozaparciu. Brak sztucznego toru wszystko utrudnia, a pewnie i finansowanie ich przygotowań wygląda różnie. Dziecko, które zamarzy o takiej formie sportowego wysiłku musi być gdzieś gdzie to trenują.

Przypadek trzeci: rozwinę ostatnie zdanie punktu drugiego. W ogóle możliwość uprawiania większości dziwnych dyscyplin zdeterminowana jest miejscem zamieszkania osobnika uprawiającego. Bo o ile skopać (piłkę, nie kolegę) można wszędzie, pobiegać, zagrać w siatkówkę też, chociaż nie wszędzie są kluby, to sporty zimowe to już raczej w górach, a żeglarstwo nad jeziorem lub morzem. Oczywiście Jamajka startowała w bobslejach, ale to taki raczej egzotyczny dodatek, niż  zawodnicy walczący o najwyższe laury.

Przypadek czwarty: i tak cię nie stać. Fakt faktem, że sport wyczynowy jest drogi. Potrzebne jest wsparcie państwa, sponsorów albo taty, ewentualnie cioci z Ameryki. Większość dyscyplin można prywatnie w sposób całkowicie amatorski uprawiać całkiem niedrogo. Ale dajmy na to taki golf to już inna półka. Nie wiem jaka, ale podobno wysoka. Chociaż przy pięcioboju nowoczesnym golf to sport dla biedaka. Głównie ze względu na konieczność posiadania konia. I to nie chabety porwanej góralowi wożącemu turystów nad Morskie Oko, tylko rasowego sportowego konia. Koszty panie, koszty. Chyba trzeba się dobrze urodzić.

Przypadek piąty: o co w tym w ogóle chodzi? Są sporty łatwe. Np. biegi. Kto szybciej ten lepiej. Są oczywiście przepisy różne, ale przy pomocy ogólnie pojętych zasad dzieci z podstawówki przeprowadzą zawody na przerwie w szkole. Są dyscypliny średnio trudne i trudne. Gimnastyka artystyczna i sportowa: dla koneserów, dla mnie wszystko wygląda tak samo, a punktowanie wymaga chyba 100 letniego kursu. Łyżwiarstwo figurowe lubią panie oglądać, ale wątpię żeby rozróżniały aksla od rittbergera. Tak samo konkurencje zimowe grawitacyjne. Pada jakaś nazwa ewolucji plus liczba stopni. Szacunek dla wszystkich rozpoznających poszczególne figury. Z surfingiem (w programie igrzysk prawdopodobnie od 2020r.) to dopiero dla Polaków będzie ciekawie. O tym to już konkretnie nic nie wiadomo. Inny aspekt to punktowanie. Dobrze jak komentator coś wyjaśni, bo jak nie: czarna magia.

Podsumowanie: spadaj Nowak na bambus prostować banany. Oczywiście nie wszystko jest takie jak mówiłem. Ludzie z gór trenują żeglarstwo, nie śmierdzący groszem zdobywają talentem i samozaparciem fundusze na starty. Eddie Edwards może był pośmiewiskiem, ale mi zaimponował, że spełniał swoje marzenia. Zbigniew Bródka na etacie strażaka zdobył złoto olimpijskie. Jest mnóstwo przypadków, kiedy człowiek taki jak ja pyta się jak to możliwe. I może oto w tym wszystkim chodzi, żeby iść pod prąd ogólnej tendencji i mniemaniu opinii publicznej.