Igrzyska śmierci

Igrzyska olimpijskie to najważniejsza impreza czterolecia, więc jasne jest, że udział w nich oraz zdobywane medale przysparzają sportowcom nie lada emocji i wzruszeń. Nawet mimo rozczarowań formą, swoim rezultatem czy brakiem miejsca na podium, dla wielu z nich olimpiada to przygoda życia. Niestety niefortunne wydarzenia sprawiły, że niektórzy z igrzysk już nigdy nie powrócili.

Ostatnią ofiarą olimpijskiej rywalizacji jest Nodar Kumaritaszwili – gruziński saneczkarz, który zginął podczas zimowych igrzysk w Vancouver w 2010 roku. 21-letni wówczas zawodnik nie był żadnym kandydatem do podium, a już sam udział w zawodach był dla niego spełnieniem marzeń i dużym wyzwaniem. Niestety tor w Whistler Olympic Park okazał się dla niego zabójczy już podczas treningu – dzień przed pierwszą rywalizacją o medale. Tragiczne wydarzenie miało początek w momencie, gdy Gruzin wjechał z prędkością aż 144,3 km/h w jeden z długich zakrętów, co sprawiło, że nie utrzymał kontroli nad saniami, a siła odśrodkowa wyniosła go na zewnątrz toru. Przy wyjściu na prostą Kumaritaszwili gwałtownie zjechał do wewnętrznej, odbijając się od ściany toru. Impet odbicia był tak duży, że zawodnik wyleciał w powietrze i zatrzymał się dopiero na stalowym słupie, który podtrzymywał zadaszenie toru. Natychmiastowa reanimacja i transport helikopterem do szpitala nie pomogła – Kumaritaszwili stracił życie. Gruzja straciła swojego olimpijczyka.

Po tragicznej śmierci Międzynarodowa Federacja Saneczkarstwa rozważała wycofanie swoich konkurencji z programu igrzysk. Ostatecznie jednak zawody rozegrano, sportowy świat oddał hołd Gruzinowi, a dochodzenie wykazało, że przyczyną wypadku były błędy zawodnika.

Z taką opinią nie zgadzał się m.in. Marek Skowroński, trener reprezentacji Polski, który twierdził, że miejsce, w którym doszło do wypadku, nie było dobrze przygotowane. Być może racja była po jego stronie, w końcu po wypadku zejście z zakrętu poprawiono, a słupy zabezpieczono. Kumaritaszwili spoczął w ojczyźnie w Bakuriani, pośmiertnie odznaczony medalem MKOl. Podczas kolejnych igrzysk w Soczi ponownie uczczono jego pamięć.

Wypadek Gruzina nie był pierwszym śmiertelnym w lodowej rynnie. 56 lat wcześniej na igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku sportowy świat przeżywał śmierć urodzonego w Polsce, a reprezentującego Wielką Brytanię Kazimierza Kaya-Skrzypeckiego. 54-letni saneczkarz, najstarszy sportowiec na tamtej imprezie, podobnie jak Kumaritaszwili nie doczekał inauguracji zawodów, ponosząc śmierć podczas treningu. 22 stycznia 1964 roku zjechał po lodowej rynnie, wypadł z zakrętu, przeleciał w powietrzu około 15 metrów, po czym z impetem upadł na pobliską łąkę. Zmarł niedługo potem w szpitalu. Była to pierwsza śmierć na zimowych igrzyskach olimpijskich, ale kolejna przyszła już kilka dni później.

Tym razem ze światem pożegnał się alpejczyk z Australii Leslie Ross Milne. 19-latek na kilka dni przed pierwszymi zawodami wziął udział w treningu, jednak podczas jego zjazdu górna część trasy była przepełniona. Milne, aby nie wpaść na ludzi, musiał gwałtownie zahamować, przez co stracił równowagę, przeleciał przez zabezpieczenia i z ogromną prędkością uderzył w drzewo. Pech chciał, że to miejsce, zdaniem kierownika australijskiej reprezentacji Johna Wagnera, nie było przygotowane na takie okoliczności. Z drugiej strony pojawiły się głosy, że Australijczyk był za młody, by rywalizować w tak trudnej dyscyplinie na takim poziomie, a ponadto zastanawiano się czy warto dopuszczać zawodników z południowej półkuli do zawodów na stoku. Innego zdania był Wagner, który stwierdził w jednym z wywiadów, że nawet najlepsi narciarze mieliby ogromne problemy w podobnej sytuacji. Najlepszy przykład na to, że alpejczycy z Australii czy Nowej Zelandii mogą z powodzeniem startować w zjeździe, dał młodszy brat Lesliego – Malcolm, który pięć lat po tragicznym wydarzeniu jako pierwszy sportowiec spoza Europy wygrał zawody Pucharu Świata.

Śmierć na stoku poniósł także Nicolas Bochatay, jednak ten nie rywalizował w narciarstwie alpejskim, a w narciarstwie… szybkim – dyscyplinie pokazowej na zimowych igrzyskach olimpijskich w Albertville w 1992 roku, która polega na zjeżdżaniu w dół z jak największą prędkością. 27-letni Szwajcar uznawany był za jednego z najlepszych narciarzy szybkich na świecie, jednak najprawdopodobniej w wyniku własnego błędu pożegnał się z życiem. W przeddzień zakończenia igrzysk Bochatay miał bowiem ruszyć w dół trasy wbrew czerwonemu światłu. Na stoku była w tym czasie maszyna produkująca śnieg i to właśnie uderzenie w nią zakończyło żywot Szwajcara.

Tragiczne wydarzenia miały miejsce także podczas letnich zmagań, poczynając od Sztokholmu i roku 1912. To właśnie wtedy zanotowano pierwszy olimpijski zgon w nowożytnej historii, gdyż ze światem pożegnał się Francisco Lázaro. Portugalski biegacz – jak wszyscy olimpijczycy w tamtych latach – sportem zajmował się amatorsko. Na co dzień pracował jako stolarz w fabryce samochodów w Lizbonie, a w wolnym czasie biegał maratony. Podczas zmagań w Sztokholmie Lázaro zmarł wskutek zapaści po przebiegnięciu 30 kilometrów. Główną przyczyną tego była wysoka temperatura na trasie rywalizacji oraz fakt, iż Portugalczyk w dużym stopniu wysmarowany był kremem na oparzenia słoneczne, który ograniczył możliwość naturalnego pocenia się sportowca, co doprowadziło do zaburzenia równowagi elektrolitycznej płynów ustrojowych w jego organizmie.

24 lata później w Berlinie doszło do kolejnej tragedii. Tym razem ofiarą olimpijskiej rywalizacji został rumuński pięściarz Nicolae Berechet. 21-latek w stolicy Niemiec wziął udział w turnieju wagi piórkowej, jednak jego przygoda z zawodami trwała bardzo krótko, gdyż już w pierwszej walce został wyeliminowany przez Evaleda Seberga z Estonii, który zwyciężył decyzją sędziów. Berechet zmarł kilka dni później, a za oficjalną przyczynę zgonu podano zatrucie krwią. Nie wykluczano jednak, że do tragedii mogło doprowadzić krwawienie wewnętrzne z wątroby, w którą pięściarz został uderzony podczas turnieju.

Zdecydowanie bardziej zagadkowa była śmierć Knuda Enemarka Jensena, duńskiego kolarza, który umarł na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku. Jensen wraz z kolegami z reprezentacji startował w wyścigu drużynowym na 100 km, jednak po jakimś czasie poinformował swoich partnerów, że nie czuje się dobrze. Niels Baunsøe oraz Vagn Bangsborg, bo o nich mowa, szybko złapali go za koszulkę, ratując przed upadkiem. Gdy jednak po kilku chwilach puścili Jensena (wcześniej spryskując dla ochłody wodą), ten runął na ziemię, uderzając głową o jezdnię i łamiąc sobie czaszkę. Wkrótce został przewieziony do przegrzanego namiotu wojskowego znajdującego się w pobliżu mety. Niestety nie odzyskał tam przytomności. I o ile same wydarzenia na trasie nie wzbudzają kontrowersji, to raport z autopsji trzech włoskich lekarzy już tak. Kilka miesięcy po tragicznym wydarzeniu poinformowali oni opinię publiczną, jakoby śmierć Duńczyka spowodowana była wyłącznie udarem słonecznym. Kłóciło się to jednak z słowami Olufa Jørgensena, trenera duńskich kolarzy. Ten w wywiadzie dla śledczych ze swojego kraju oznajmił, iż przed startem podał Jensenowi i innym zawodnikom alkohol nikotynowy. Lata później, Alvaro Marchiori, jeden z lekarzy, który przeprowadzał autopsję, przyznał, że w organizmie Jensena wykryto ślady kilku substancji, w tym… amfetaminy, czyli środka dopingującego. Po tym tragicznym incydencie MKOl wprowadził komisję medyczną w 1961 roku oraz badania antydopingowe na letnich i zimowych igrzyskach w Meksyku oraz Grenoble (1968).

Wszystkie wspomniane wyżej przypadki olimpijskich zgonów miały miejsce na sportowych trasach. W historii igrzysk były jednak jeszcze inne tragiczne wydarzenia – na chorobę Heinego-Medina (wywoływaną wirusem polio) w 1948 roku podczas londyńskiej olimpiady zmarła czechosłowacka gimnastyczka Eliška Misáková, w wypadku samochodowym w Melbourne (1956) śmierć poniósł włoski wioślarz Arrigo Menicocci, a w 1988 roku w Calgary zginął lekarz Austriaków Jörg Oberhammer, który podczas rekreacyjnej jazdy na nartach zderzył się z innym narciarzem, po czym wpadł pod ratrak. Jednak największa tragedia z udziałem uczestników igrzysk rozegrała się w Monachium w 1972 roku, kiedy to w wyniku ataku terrorystycznego zginęło 11 izraelskich sportowców.

Nie zapominajmy również o tych, którzy odeszli od nas w ostatnim czasie. Do przypadku śmiertelnego doszło również podczas igrzysk olimpijskich w Rio. Wypadek samochodowy w drodze do wioski olimpijskiej miał trener niemieckich kajakarzy górskich – 35-letni Stefan Henze. Liczne obrażenia, jakich doznał, spowodowały, że zmarł w szpitalu, w obecności rodziny, kilka dni po wypadku.

Śmiertelne wypadki nie ominęły też igrzysk paraolimpijskich. Tam na trasie kolarskiej śmierć poniósł Irańczyk Bahman Golbarnezhad. 48-latek wypadł z trasy, uderzając głową w kamień. Życie utracił podczas drogi do szpitala.

Jak pokazuje historia nawet podczas igrzysk śmierć może zebrać swoje żniwo. Szczególnie w takim dniu jak dziś powinniśmy pamiętać o tych, którzy utracili życie w trakcie sportowej rywalizacji.