Igrzyska w kolorze: Polacy, a jednak coś się stało

Zmagania pełnosprawnych sportowców w Rio de Janeiro dobiegły już końca, co oznacza, że każdy szanujący się portal, telewizja, gazeta, itd. zabiera się za podsumowania. „To najlepsze igrzyska od 16 lat!” – radośnie obwieszcza jedna z telewizji na swojej stronie internetowej. No przecież, że najlepsze!… Prawda?

Przenieśmy się w nie tak odległą przeszłość: 4 lata temu polska reprezentacja piłkarska pod wodzą Waldemara Fornalika grała tak „fantastycznie”, że nie dało się tego oglądać. Do każdego meczu, zarówno towarzyskiego, jak i o punkty zasiadałam z coraz większą niechęcią, zastanawiając się czy na pewno właśnie tak chcę spędzić najbliższe półtorej godziny. Pal licho wyniki i styl gry, wracam do tego czasu z innego powodu. Po każdym meczu, zanim na dobre rozpoczęła się analiza w studiu, przeprowadzano krótki wywiad z panem Fornalikiem. Niezmiennie za każdym razem przekonywałam się, że jakimś cudem oglądałam zupełnie inny mecz, niż trener naszej reprezentacji. Bo wedle słów selekcjonera Polacy grali dobrą, otwartą piłkę, kierowali mądre, celne podania, wytrzymywali kondycyjnie, a wynik nie oddaje tego, co działo się na boisku. Jej, może w takim razie telewizja omyłkowo puściła transmisję z czwartej ligi azerskiej? Ale nie, panowie w studiu oglądali ten sam mecz, co trener… Jedynym medium, dzięki któremu upewniałam się, że jeszcze nie zwariowałam, był Przegląd Sportowy. Tam zawsze kolejnego dnia mogłam przeczytać, że jeszcze ktoś, delikatnie mówiąc, nie zachwyca się grą polskich piłkarzy.

Nie wiem, co dzisiaj piszą dziennikarze Przeglądu Sportowego, ale po przejrzeniu kilkunastu portali internetowych i przeczytaniu wypowiedzi kilku ekspertów stwierdzam, że może hurraoptymizmu nie ma, ale spora część środowiska dziennikarskiego jednak oglądała inne zawody.

Nie chcę tutaj rozliczać pojedynczych sportowców, zwłaszcza zawodników, którzy byli naszymi nadziejami na dobry wynik i zawiedli. Każdy z nich: Paweł Fajdek, Adam Kszczot, Agnieszka Radwańska, Yared Shegumo… Każdy to oddzielna historia, która z jakiegoś powodu się wydarzyła. Można i trzeba szukać przyczyn ich porażek, ale patrząc obiektywnie, nic wielkiego tu się nie stało. Pod względem liczby niezdobytych niemal pewnych medali raczej nie odstajemy od innych krajów. W wielu konkurencjach dochodziło do niespodzianek, a czasem i sensacji, gdy wielcy faworyci przegrywali medale, a czasem nie udawało im się przebrnąć przez eliminacje. Cóż, taki jest sport i za to go kochamy, gdyby zawsze wygrywali faworyci, to prawdopodobnie igrzyska szybko by nam się znudziły. Czasem bywa i tak, że niespodziankę, tę negatywną, sprawiają i polscy faworyci…

Mnie jednak chodzi nie o poszczególnych sportowców, a o całokształt.

6 sierpnia rano zasiadłam z wydrukowanym harmonogramem igrzysk, w którym już wcześniej zaznaczyłam interesujące mnie konkurencje oraz występy Polaków. Następnie otworzyłam notes i na pierwszej stronie z nabożeństwem zanotowałam: „6/7 sierpnia, dzień I”, a pod spodem już bardzo szczegółowo wypisałam godziny startów Polaków. Ten schemat powtarzał się przez całe dwa tygodnie: rano rzut oka na to co nas dzisiaj czeka, wynotowanie godzin startów biało-czerwonych, a następnie przez cały dzień zapisywanie jak naszym poszło i co też ciekawego działo się na wszystkich arenach. W kolejnych dniach do porannych „obowiązków” doszło uzupełnianie mojego notesu o wydarzenia, które miały miejsce w nocy. Po kilku dniach to poranne podsumowywanie stało się zajęciem bardzo przygnębiającym. W moim olimpijskim notesie, za wyjątkiem wpisów dotyczących wioślarzy, zaczęły dominować słowa: odpadła … odpadli … odpadł … przegrali … słabo … nie wszedł … katastrofa … w fatalnym stylu … Kiedy wszyscy pocieszali się, że trzeba czekać na lekkoatletykę, że pierwsza połowa igrzysk zawsze dla Polaków jest gorsza, kiedy naprawdę wydawało nam się, że już gorzej być nie może, gruchnęła wiadomość o dopingu braci Zielińskich, a na sam koniec tego tygodnia nieszczęść pojawiła się informacja, że Konrad Czerniak nie wystąpi w jednej z konkurencji tylko dlatego, że ktoś zapomniał go zgłosić do startu. Kurtyna.

Inna sprawa, że gdyby nie osoba, która nie zgłosiła Konrada do zawodów prawdopodobnie mielibyśmy w olimpijskim basenie jeden blamaż więcej. Postawa naszych pływaków była katastrofalna, za wyjątkiem jednego Kacpra Majchrzaka, który przy Czerniaku, Kawęckim, Świtkowskim startujących na swoim normalnym poziomie byłby tylko tłem, a w Rio okazał się jedynym pływakiem, który nie musiał wstydzić się swoich rezultatów. A reszta wstydzić się powinna, bo pływać z czasem 2 sekundy poniżej rekordu życiowego można na treningu, a nie podczas najważniejszej imprezy czterolecia.

Do pływaków, którzy rozgrywali chyba wewnątrzkadrowe zawody „kto gorzej” dołączyłabym większość zawodników występujących w konkurencjach, gdzie rywalizacja toczy się w systemie drabinkowym, jeden na jeden. Judo, zapasy, szermierka, badminton, tenis stołowy, łucznictwo… Pierwsza runda rywalizacji w wielu przypadkach była dla naszych olimpijczyków ostatnią, nieliczni dobrnęli do drugiej. Dla mnie oznaczało to tyle, że zanim wróciłam z pracy, Polacy już się „nastartowali” i mogli pakować walizki do Polski, a ja nawet nie zdążyłam ich obejrzeć. Mieli swoje 5 minut – dosłownie. A zwróćmy przy tym uwagę choćby na judoczki, z których żadna na tych igrzyskach nie wykonała ani jednej akcji punktowanej…

Analizując występy kolejnych sportowców można tłumaczyć konkretnych zawodników, można szukać przyczyn w braku współpracy z psychologiem, można porównywać poziom finansowania poszczególnych związków. Można, ale zostawię to zadanie mądrzejszym ode mnie. Ja chciałam tylko zwrócić uwagę na całokształt postawy polskich sportowców na tych igrzyskach, który wypadł dość blado. Czy miałam wrażenie że oglądam „najlepsze igrzyska od 16 lat”? Bynajmniej.

Obserwując świat mediów przez ileś lat swojego życia zdążyłam już trochę poznać reguły w nim panujące i zdaję sobie sprawę z tego, że nie do końca liczy się to, co się wydarzyło, ale jak się to przedstawi. Że jedno zdarzenie, rozmowa, gest, uśmiech może być przedstawione na 10 różnych sposobów przez 10 różnych telewizji. Że treść i forma przekazu zależą od tego, co ludzie po drugiej stronie ekranu chcą, żeby widz z tego wywnioskował. Ale jednocześnie nie rozumiem, jaki interes może mieć telewizja/gazeta w przerysowanym i oderwanym od rzeczywistości przekazie dotyczącym sportu – na tym (chyba) polityki robić się nie da… Może jeszcze za mało wiem, może jestem za mało bystra, ale najzwyczajniej w świecie, po prostu mnie to wkurza.