Medal cenny jak Ferrari

Polska reprezentacja na igrzyskach paraolimpijskich zdobyła 39 medali. Wśród medalistów był 24-letni pływak z Kielc, Wojciech Makowski. Podczas ubiegłotygodniowej konferencji poświęconej projektowi „Olimpijczyk” apelował, aby stworzyć kolejny program przygotowań do igrzysk, tak aby medale, które, tak jak w przypadku Wojtka mogą oznaczać posiadanie Ferrari, powstawały, wykuwały się dzięki solidnie opracowanym ku temu fundamentom. Inaczej mówiąc, dzięki projektowi finansowemu pozwalającemu zdobywać na najważniejszej imprezie medale Biało-czerwonym. 

wojtek-makowski-2-fot-archiwum-prywatne

Wniosek z konferencji Olimpijczyk nasuwa się taki, że bez odpowiedniego programu przygotowań, bez kilkumilionowego wsparcia dla przyszłych paraolimpijczyków, polski sport będzie ponosił porażkę, by nie powiedzieć klęskę. Pisałem o tym w materiale: Bez „Olimpijczyka” byłaby klęska polskiego sportu w Rio. Z nim każdy medalista cięższy o pół kilograma

Dziś miejsce w artykule oddaje w pełni Wojtkowi Makowskiemu, który mądrymi słowami zwieńczył konferencję zorganizowaną przez Polski Komitet Paraolimpijski w Warszawie 12 października. Dodam tylko, że wczoraj podczas sesji Rady Miasta Kielce pływak odebrał z rąk Prezydenta Miasta Kielce Wojciecha Lubawskiego i Przewodniczącego Rady Miasta Kielce Dariusza Kozaka puchar pełen podziękowań za dotychczasowe sukcesy sportowe.

Minął ponad miesiąc od igrzysk w Rio.  Wywalczony srebrny medal na 100 metrów stylem grzbietowym jest dla mnie cenny jak srebrne Ferrari. By jednak być prawowitym posiadaczem tego medalu, to musiało się złożyć na to wiele istotnych czynników. 

Projekt Olimpijczyk pozwolił nam odbyć dwa obozy zagraniczne w Hiszpanii. Pozwolił sensownie przygotować się do igrzysk. Jeden z nich był wysokogórski w Sierra Nevada na wysokości 2600 m nad poziomem morza. Trening w warunkach, gdzie jest mniej tlenu w powietrzu. Mówiąc obrazowo: łatwiej udusić się w basenie. Efekty tego zgrupowania czułem na mistrzostwach Europy i na igrzyskach paraolimpijskich. Takie obozy trzeba powtarzać! Projekt Olimpijczyk to nie tylko zgrupowania. To także liczne badania zorganizowane w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportu. Pozwalały one skontrolować stan naszego organizmu i pokazać jak znosimy przygotowania do igrzysk. Nazwałbym to przegląd „podwozia i nadwozia”. Jestem prawie w pełni szczęśliwym sportowcem. Dlaczego prawie? Wynika to z tego, że nie wiadomo, co będzie dalej, czy będzie projekt Olimpijczyk. Martwi to mnie, moje koleżanki i kolegów oraz trenerów. 

Cytując hasztag: Road to Rio, można powiedzieć, ze Road to Tokyo rozpoczęło się w momencie zakończenie igrzysk paraolimpijskich w Brazylii. Przygotowania do igrzysk trwają całe cztery lata, które trzeba systematycznie i sumiennie przepracować, mając odpowiednie zaplecze. W ostatnim czteroleciu profesjonalizacja sportu paraolimpijskiego nastąpiła niezwykle dynamicznie. Wyniki poszły bardzo do przodu. Mam odczucie, że świat nam ucieka, że rozwija się na zasadzie śnieżnej kuli, która cały czas przybiera na wielkości. Trzeba biec za nią, aby nam nie uciekła w tym momencie. 

Apelowałbym do ministerstwa sportu i turystyki, ale i nie tylko. Także do wszystkich działaczy i potencjalnych sponsorów o to, żeby nie kierowano nas z powrotem do „podziemia sportowego”, gdzie przez trzy lata będziemy skoszarowani trenować we własnych klubach, licząc, że rok przed igrzyskami wystartuje program finansowy, przygotowawczy do igrzysk w Tokio. Owszem trening w klubie, to jest podstawa. Tam wyrabia się rdzeń formy. Jeśli chcemy wejść na poziom najwyższy, to trzeba odpowiedniego zaplecza jakie dawał projekt Olimpijczyk, aby potwierdzić w Tokio, że jesteśmy pełnowartościowym żołnierzami polskiego sportu. Żołnierzami, bo walka o najwyższe miejsca na igrzyska odbywa się na śmierć i życie.