„Nie zagraliśmy swojej siatkówki” – rozmowa z Grzegorzem Fijałkiem

Na igrzyskach olimpijskich był już drugi raz. W Londynie minimalnie przegrał strefę medalową, tym razem pożegnał się z turniejem już po czterech spotkaniach, o co ma do siebie wyrzuty. O wiosce, jedzeniu w Rio, oknie, którego nie było oraz turnieju olimpijskim, w bardzo szczerej rozmowie, opowiada Grzegorz Fijałek.


Dawid Brilowski: W mediach bardzo dużo mówiło się o wiosce olimpijskiej. O tym jak była przygotowana, a raczej nieprzygotowana na przyjęcie sportowców. Dla Pana są to już drugie igrzyska olimpijskie. Ma pan zatem porównanie z Londynem. Czym różniły się te dwie wioski? Czy w Rio było aż tak źle jak mówią?

Grzegorz Fijałek: Każdy na ten temat ma swoje zdanie. Moje jest takie, że nie spodziewałem się cudów. Znam życie w Brazylii i nie liczyłem, że wszystko będzie na tip top. Owszem, był bałagan w pokojach, brak okna, ale nie to jest najważniejsze dla sportowca na takiej imprezie. Jedzenie było bardzo słabe i często jedliśmy na mieście. Monotonia i słabe potrawy nie pomagały nam, ale jak ktoś chciał zjeść coś dobrego, po prostu wyjeżdżał na miasto. No i ostatnia rzecz mniej przyjemna to dystans na Copacabanę. To ponad godzinna wyprawa w jedną stronę autokarem…

DB: Jeszcze na temat wioski. Myślę, że wszyscy są bardzo ciekawi tego, jak tam się żyje, mieszka. W iluosobowych pokojach byliście zamieszczeni i jak wyglądała Wasza codzienność w olimpijskiej wiosce?

Grzegorz Fijałek: Wioska olimpijska to jedno wielkie zamknięte miasteczko (blokowisko). Pokoje mieliśmy dwa i dzieliliśmy je z kolegami po fachu. Do tego salon i trzy łazienki. Niestety w salonie nie było TV i nie mogliśmy oglądać zmagań naszych olimpijczyków w innych dziedzinach. W wiosce była wielka siłownia, market, miejsce na odprawianie mszy, klinika medyczna i wiele innych punktów spotykanych w zwykłych miastach – jak poczta, sklep z pamiątkami czy choćby nawet McDonald. Była masa boisk czy to do tenisa, piłki nożnej, koszykówki itp., więc każdy mógł w wolnym czasie się poruszać.

DB: Wiadomo, że igrzyska olimpijskie są imprezą wyjątkową. Jak to wyglądało u Was z treningiem? Kiedy był ten moment, w którym powiedzieliście sobie: „Teraz trenujemy stricte pod igrzyska, tylko to się liczy”?

Grzegorz Fijałek: Myślę, że taki moment był trzy tygodnie przed IO, kiedy mieliśmy zgrupowanie szkoleniowe we Wrześni, koło Poznania. To był obóz, gdzie trenowaliśmy już stricte do igrzysk w Rio. Myślę, że ten obóz był nam bardzo potrzebny, ale do końca nie mogę się zgodzić, że był on zaplanowany z jakimś rozsądnym pomysłem. Chodzi mi o to, że wszyscy wiedzieliśmy, że w Rio będzie bardzo wietrznie i że piasek będzie ciężki. Niestety we Wrześni warunki do trenowania mieliśmy bardzo łatwe, czyli bezwietrznie i bardzo twardy piasek, co dla nas nie było dobre…

DB: A jak było z tym treningiem już podczas pobytu w Rio? Czy był on tak samo intensywny jak „normalnie”?

Grzegorz Fijałek: W samym Rio mieliśmy już tylko podtrzymać  to, co wcześniej sobie wypracowaliśmy. Codziennie mieliśmy lekki trening na pisaku i lekką siłownię. Przed turniejem nic więcej się nie wymyśli, żeby złapać trochę świeżości i dynamiki.

DB: Sam turniej olimpijski zaczęliście źle, od przegranego pojedynku z Semenowem i Krasilnikowem (bądź co bądź czwartym teamem igrzysk). Później przyszedł morderczy, lecz przegrany tie-break z Nummerdorem i Varenhostem i na koniec grupy nie łatwe zwycięstwo z kuzynami Grimalt. Wyglądało to jednak tak, jakbyście z meczu na mecz grali coraz lepiej. Czy sami też tak to oceniacie? Jeśli tak, to jaka była tego przyczyna? Olimpijski stres odpuszczał? A może po prostu „rozgrzewaliście” się z kolejnymi grami?

Grzegorz Fijałek: Turniej, który zagraliśmy to był jeden wielki niewypał. Wiedzieliśmy, że musimy zagrać dwa bardzo dobre pierwsze mecze w grupie z Rosjanami i Holendrami. Do tego musieliśmy liczyć na odrobinę szczęścia, żeby ich pokonać. Niestety inauguracyjny mecz kompletnie nam nie wyszedł i szybko nam odebrał pewność siebie. Drugi mecz to było już ciut więcej z naszej strony, ale tak naprawdę nie zagraliśmy nic specjalnego. Zwłaszcza na zagrywce. A z takim przeciwnikiem jak Holendrzy trzeba podejmować skrajne ryzyko na serwisie. Nam ta sztuka się nie udała i to najbardziej boli, bo zagrywka była naszą najmocniejszą stroną. Chilijczycy to był już zupełnie inny przeciwnik. Tak oni, jak i my nie mieliśmy już nic do stracenia. Byliśmy bardzo blisko pożegnania się po trzech meczach z igrzyskami. Mogło to tak z boku wyglądać jakbyśmy się rozgrzewali, ale musimy sobie szczerze powiedzieć, że nie udźwignęliśmy tego, na co liczyliśmy.

DB: Niestety w grupie zajęliście trzecie miejsce i była potrzeba grania w barażu. Tam Kanadyjczycy Schalk i Saxton. Na ile przed spotkaniem dowiedzieliście się z kim gracie?

Grzegorz Fijałek: To na ile wcześniej się dowiedzieliśmy nie miało żadnego znaczenia. Graliśmy o 23., a wiedzieliśmy kolo 19. z kim gramy. Trafiliśmy na przeciwnika, z którym wygraliśmy tylko raz, przypadkowo, w całej naszej karierze. W innych meczach to oni byli zawsze górą. Wychodząc na boisko oczywiście byliśmy świadomi tego, że jakimś sposobem oni też nie grali swojej gry, jeżeli grają w barażach i poczuliśmy szanse, aby ich pokonać właśnie na takiej imprezie. Mecz dla nas i powrót do lepszej gry zaczął się, jak przegrywaliśmy w pierwszym secie 6:2. Od tego momentu nasza gra szła w górę, ale niestety to oni kontrolowali całe spotkanie jednym, dwoma punktami i ciężko było ich dogonić.

DB: Czy nie było ciężej przygotować się do pojedynku, poznając rywala tuż przed grą?

Grzegorz Fijałek: Jak już powiedziałem, znamy się z każdym przeciwnikiem i mamy każdego rozpisanego. Ale niestety to tylko bardzo mala część tego, co trzeba zrobić, aby wygrać. Większość zależy od samych nas. Po prostu nie graliśmy swojej siatkówki i nie ma na to żadnej wymówki. Wina leży po naszej stronie.

DB: Równocześnie z Wami swój baraż grali również Piotr Kantor i Bartosz Łosiak. Potrafiliście skupić się wyłącznie na swoim meczu, czy mimochodem szukaliście informacji co dzieje się na drugim korcie? A może te informacje przychodziły same, niezależnie od Waszej woli?

Grzegorz Fijałek: Jeżeli gram swój mecz, jeden z najważniejszych, jak nie najważniejszy od 4 lat, to nic nie może przeszkodzić mi w skupieniu i koncentracji w tym danym momencie. Byłbym głupcem i okłamywałbym samego siebie mówiąc i szukając jakiejś informacji co dzieje się z moimi kolegami obok w czasie meczu. Jeżeli ktoś z nas miał coś takiego, to powinien skończyć z graniem w siatkówkę. W grze o wszystko, nic nie może ci przeszkadzać.

DB: Można powiedzieć, że Pan i Mariusz Prudel jesteście w pewnym sensie pionierami. Jadąc na igrzyska w Londynie byliście pierwszą polską parą siatkarzy plażowych, której udało się dostać na olimpijski turniej. W tym roku mamy już trzy pary na IO, a kilka kolejnych świetnie radzi sobie na World Tourze. Czy z Waszej perspektywy to Wasz sukces na IO w Londynie jest przyczyną wzrostu popularności dyscypliny w kraju? I przede wszystkim jaki macie kontakt z młodszymi kolegami reprezentującymi nasz kraj? Okazujecie im duże wsparcie czy raczej kwestie motywacyjne itp. zostawiacie w kwestii trenerom?

Grzegorz Fijałek: Ciężko powiedzieć czy nasz sukces w Londynie przyczynił się do tego. Bo tak naprawdę mieliśmy jedną z najlepszych i najbardziej utalentowanych generacji młodych plażowiczów  na świecie. Mam nadzieję, że daliśmy im niezłego kopa i pokazaliśmy, że da się dojść wysoko. Z młodszymi kolegami mamy dobry kontakt. Zdarza nam się trenować wspólnie, jeżeli jesteśmy w tym samym miejscu na zgrupowaniach. Myślę, że każdy z nich ma motywacje do tego co robi. Inaczej by ich nie było na piasku.

DB: Teraz możecie już spojrzeć na igrzyska w Rio z pewnej perspektywy. Czym tegoroczny turniej olimpijski różnił się dla Was od tego sprzed czterech lat?

Grzegorz Fijałek: Dwa różne turnieje. W Londynie bylem bliski nie pojechania ze względu na kontuzje i wydaje mi się, że ten problem zdjął wtedy presję i grało się zupełnie inaczej. W Rio byliśmy zdrowi, mieliśmy być dobrze przygotowani itp itd. A niestety turniej okazał się totalną wpadką. Na pewno ta porażka nie boli tak, jak te dwa nieszczęsne punkty w Londynie od strefy medalowej. Tam byliśmy bardzo blisko, tutaj nawet nie było mowy o dobrym wyniku. Recepta na tą porażkę jest bardzo prosta. Trzeba wyciągnąć wnioski, przemyśleć parę spraw, znaleźć rozwiązania i kolejne 4 lata przepracować tak, żeby nie mieć sobie nic do zarzucenia.

DB: Na koniec zapytam o plany na najbliższą przyszłość. Mamy za moment Grand Slam w Long Beach, później Mistrzostwa Polski we wrześni. Na obu imprezach będziemy mieli okazję Was zobaczyć? Jeśli tak, to jak traktujecie te imprezy? Wiadomo, że zmęczenie po igrzyskach musi być spore.

Grzegorz Fijałek: Tak, startujemy w Kalifornii i kończymy sezon MP we Wrześni. Można powiedzieć, że to są dwa ostatnie turnieje, tak na otarcie łez. Fajnie byłoby zagrać coś więcej niż w tym roku w Long Beach i wracać do domu z uśmiechem na twarzy.

DB: Życzę w takim razie sukcesów na ostatniej prostej tego sezonu.