„Wierzyłam, że medal może być” – Wywiad z Katarzyną Niewiadomą

„Nie zna granic i nie zamierza się bać. Nie zatrzyma się, kiedy Ty będziesz chciał” – te słowa popularnej ostatnio piosenki znakomicie opisują naszą kolarkę – Katarzynę Niewiadomą. Udało nam się ją jednak złapać tuż po zakończeniu igrzysk w Rio. Opowiedziała nam o tym, jak przygotowana była wioska olimpijska, co czuła na igrzyskach i jak blisko medalu była, a także zdradziła plany na najbliższą przyszłość.

Dawid Brilowski: Zacznę od gratulacji. Bardzo dobre 6. miejsce ze startu wspólnego. Myślę, że to świetny początek kariery. Rok temu srebrny medal na Igrzyskach Europejskich w Baku, teraz szóste miejsce na igrzyskach olimpijskich. Wszystko idzie zgodnie z planem?

Katarzyna Niewiadoma: Tak, oczywiście jestem zadowolona z tego miejsca. No wiadomo, każdy sportowiec jadąc na igrzyska marzy o medalu. Wiedziałam, że gdzieś ten medal jest w zasięgu. Może po prostu dyspozycja dnia nie była idealna. Można powiedzieć, że czułam skutki podróży do Rio. Gdybym mogła cofnąć czas na pewno przyleciałabym dużo wcześniej, żeby mieć więcej czasu na aklimatyzację. No ale teraz już tego nie przeskoczę, nie cofniemy się do przeszłości. Trzeba pogodzić się z tym, co jest. Co jeszcze mogę powiedzieć? Jestem zadowolona z tego szóstego miejsca. To moja pierwsza olimpiada, zebrałam myślę dużo doświadczenia. Z zewnątrz się tego nie widzi, jak to wszystko wygląda. Ile tam jest mediów. Każdy chce coś usłyszeć od zawodnika i to potem wywołuje małą presję. I mimo tego, że chce się z tym walczyć, żeby na spokojnie podejść do startu, to… ta presja gdzieś jest cały czas.

DB: Wspomniała Pani o aklimatyzacji. Jak wrażenia z wioski? Z jednej strony Rio de Janeiro, magiczne miasto, marzenie dla wielu. Z drugiej – wiele zastrzeżeń mediów w kierunku organizacji wioski olimpijskiej. Pani to widziała od środka. Jak Pani ocenia to przygotowanie?

Katarzyna Niewiadoma: Słyszałam wiele komentarzy na temat wioski, nawet przed wylotem do Rio. Że warunki są kiepskie, że jest brudno, że wiele rzeczy jest niedopracowanych w naszych budynkach. Nam się akurat trafiło całkiem dobre piętro, nie było aż tak źle. Natomiast inni narzekali, że jakaś rura poszła, woda się wylewa czy czegoś brakuje… Brudno było, to trzeba powiedzieć. Ale też nie było też tragedii takiej, jak opisują w internecie. Dało się mieszkać. Wszystko zależało głównie od mieszkania – jakie się komu trafiło. Słyszeliśmy, że Czesi mieli naprawdę koszmarne mieszkania, natomiast nam trafiło się całkiem okej.

DB: A poza wioską było trochę czasu, żeby pozwiedzać miasto? Czy tylko treningi i stricte skupienie na starcie?

Katarzyna Niewiadoma: Niestety sytuacja była taka, że dzień po starcie niemal od razu wylatywaliśmy. Nie było więc za dużo czasu, żeby cokolwiek zobaczyć. Wiadomo – przed startem każdy marzy tylko o tym, żeby zrobić trening, masaż i leżeć i odpoczywać – jak najmniej męczyć nogi. Także nawet już nie ma ochoty biec poza wioskę. Zawodnicy uprawiający inne dyscypliny po starcie mogli zostać jeszcze w wiosce po 2-3 dni. Także każdy z nich wybierał się zobaczyć słynnego Jezusa czy też po prostu zobaczyć miasto od środka. Natomiast my – kolarze – skupieni byliśmy raczej na tym, żeby szybko spakować swoje bagaże, cały sprzęt – każdy miał przecież od 3 do 5 rowerów, także logistycznie też ciężko jest zabrać się z tym wszystkim na lotnisko. Także niestety szybko musieliśmy się pożegnać z Rio i wracać do Polski. Trochę szkoda, ale… taki sport.

DB: Wszystko w tempie. Jak to w kolarstwie bywa zresztą.

Katarzyna Niewiadoma: Dokładnie.

DB: Chciałem też podpytać o sam start. Start olimpijski przypomina bardziej taki wyścig klasyczny. Jest jeden etap i trzeba go wygrać. Na czym polegają różnice w przygotowaniu do takiego wyścigu od na przykład przygotowania do Giro Rosa (kobieca odmiana Giro d’Italia).

Katarzyna Niewiadoma: Generalnie przygotowując się do etapówki treningi są trochę dłuższe. Cykl treningowy również jest dłuższy. Mamy 3-4 dni mocnych treningów, potem dzień wolny i znowu 3-4 dni mocnego treningu. Natomiast przygotowując się do klasyków właśnie skraca się jakby ten blok treningowy. Jest jednak więcej intensywności – krótkich, szybkich, dynamicznych ćwiczeń. To też zależy od trasy. Tutaj była bardzo ciężka, ponieważ dwie pierwsze rundy polegały na krótkich, szybkich, sztywnych podjazdach, a kolejna runda składała się z tej 9-kilometrowej góry, czyli tak na prawdę trzeba było być przygotowanym pod każdym względem. Tak samo trzeba było również być dobrym na płaskim, ponieważ między rundami był około trzydziestokilometrowy odcinek po płaskim, a przy mocnym wietrze mogło tam dojść do naprawdę mocnych wachlarzy i peleton mógł się rwać. Takie miałyśmy szczęście, że niby był mocny wiatr, ale w sprzyjającym powiedzmy kierunku. Nie dochodziło więc do żadnych wachlarzy i spokojnie przejeżdżałyśmy tamtędy.

DB: Wiadomo, że kolarstwo – mimo że jest sportem indywidualnym – to jest to również sport zespołowy. Ten zespół ma większe znaczenie przy wyścigach wieloetapowych czy – takich jak ten – jednoetapowym?

Katarzyna Niewiadoma: Być może na początku powinnam powiedzieć, że kolarstwo to tylko i wyłącznie sport drużynowy. Właśnie to jest bardzo przykre, że na wynikach tego nie widzimy. Ponieważ tam każdy widzi tylko nazwisko sportowca i flagę. Ocenia się kto był najwyżej z Polaków czy Polek. Natomiast moje 6. miejsce, czy też 3. miejsce Rafała Majki w życiu nie byłoby osiągnięte, gdyby nie to, że drużyna pomagała i była dookoła nas. To tyczy się zarówno mnie, jak i Rafała. Przez pierwszą część wyścigu, a nawet więcej, dziewczyny cały czas były dookoła mnie, cały czas były do mojej dyspozycji, mogłam liczyć na nie na każdym kroku. Wykonywały kawał ciężkiej pracy, ponieważ cały czas kontrolowały wyścig, tak żebym ja mogła spokojnie jechać sobie w peletonie. Także myślę, że kluczem do sukcesu jest posiadanie mocniej drużyny. Tak jak pokazały to Holenderki. One wystartowały czterema mocnymi, równymi zawodniczkami i po prostu wykonały kawał świetnej roboty co zaprocentowało. Mogłyby mieć pierwsze dwa miejsca, gdyby nie to, że Annemiek (van Vleuten – przyp. red.) się wywróciła.

DB: Myślę, że będzie to na miejscu, jeśli wymienię w tym momencie nazwiska dziewczyn. Anna Plichta i Małgorzata Jasińska – to współbohaterki, można powiedzieć, tego wyścigu. Z nimi jak rozumiem współpraca układała się świetnie. Ale już później doszło do sytuacji, gdzie prowadziła Mara Abott. Za nią stworzyła się grupka, w której jechały Anna van der Breggen, Emma Johansson i Elisa Longo Borghini. I kilkanaście sekund dalej Pani w swojej grupie. Goniłyście tą trójkę. Czy miałyście świadomość, że one są tak blisko? I jak układała się Wasza współpraca? Bo z poziomu TV nie wyglądało to najlepiej. Były jakieś zgrzyty?

Katarzyna Niewiadoma: Generalnie cały podjazd miałyśmy w zasięgu wzroku tę trójkę, widziałyśmy je. Wiedziałyśmy więc, że mamy do nich maksymalnie 20 sekund straty. Nie mogłyśmy jednak ich dojść. Na szczycie podjazdu starta wynosiła już, nie wiem, około 10-15 sekund. Po zjeździe miałyśmy już tylko 4 sekundy. Szczerze powiedziawszy byłam pewna, że je dojdziemy, to było naprawdę w zasięgu ręki. One wiedziały, że jadą tam o medal i to myślę dodatkowo było coś, co je napędzało. Natomiast w mojej grupce do pomocy chciała się przyczynić tylko Brytyjka Elizabeth Armistead i ona dawała dobre zmiany. Szwajcarki i Brazylijka bardziej udawały, że jadą, a tak naprawdę nie jechały. To rozbijało naszą grupkę. I gdy wydawało się, że możemy je dojść w mgnieniu oka, to tak naprawdę zaczęłyśmy tracić, bo nie było dobrej współpracy.

DB: Rzeczywiście mobilizacja mogła być tu kluczowa. A rozkładała się zupełnie inaczej. Tam trzy na trzy zawodniczki chciały walczyć, u was zaś dwie na cztery. Co do motywacji zapytam może jak to było u Pani, gdy kilka dni po wyścigu ze startu wspólnego trzeba było jechać czasówkę? Była tam mobilizacja do jazdy na maxa czy jednak ten start potraktowałyście nieco treningowo?

Katarzyna Niewiadoma: Czasówkę chciałam pojechać jak tylko najlepiej potrafię. Pech był taki, że od razu niemal jak wystartowałyśmy, zaczęło nagle mocno padać i zerwał się wiatr. Nawierzchnia w takich warunkach od razu staje się śliska. Rozpoczynając czasówkę może przeszarżowałam i w dwóch zakrętach prawie leżałam. Od razu po tym jakąś blokadę w głowie miałam. Jechałam tak, żeby się nie wywrócić, żeby asekuracyjnie wjeżdżać w zakręty, zjeżdżać. I nie mogłam już tak naprawdę dać z siebie wszystkiego, bo gdzieś tam byłam zablokowana. Jeśli chodzi o mnie, to był mój największy problem. Po prostu początek poszedł mi strasznie kiepsko technicznie, a potem nie mogłam się przełamać, żeby dać z siebie wszystko.

DB: Na zakończenie wątku olimpijskiego zadam Pani pytanie, na które odpowiedź – przyznam szczerze – bardzo mnie ciekawi. Co jest dla Pani osobiście cenniejsze – drugie miejsce na Igrzyskach Europejskich czy szóste na Igrzyskach Olimpijskich?

Katarzyna Niewiadoma: Bardzo ciężkie pytanie. Jeśli chodzi o emocje i to jak się czułam po starcie to zdecydowanie Baku wygrywa, ponieważ był tam medal. No tak w ogóle to wszystko – każdy się cieszył, jaka panowała atmosfera wśród nas – dziewczyn. Natomiast jeśli chodzi o Rio, to tak jak mówiłam wcześniej, gdzieś tam chciałam i wierzyłam, że medal może być. No i jeżeli przychodzi sytuacja, że nie ma tego, na co tak ciężko pracujemy, w co tyle poświęcenia wkładałam… Pierwsze takie uczucie to był ogromny zawód. Nie wiem, może doszłam bardziej do siebie jak już przyjechałam do domu, gdzie rodzina mnie pocieszyła i pozwoliła zrozumieć, że szóste miejsce też jest fajnym miejscem. To pozwoliło mi się tak naprawdę trochę odbić od dna. Z drugiej strony myślę, że sam udział na igrzyskach olimpijskich to jest też ogromne wyróżnienie i z samego tego powinnam się cieszyć.

DB: To jest fenomenalne, że Pani po zajęciu 6. miejsca mówi o odbiciu się od dna. Proszę uwierzyć, że my – dziennikarze i kibice – siedzimy, emocjonujemy się tymi startami i my to 6. miejsce traktujemy bardziej jako sukces, a nie jako jakąś słabą pozycję.

Katarzyna Niewiadoma: Powiem Panu, że właśnie to jest to – szarpią mną emocje. Raz wydaje mi się, że super, a zaraz później traktuję to jako jedną z największych porażek. Myślę, że sama sobie też niepotrzebnie zrobiłam takie wymagania czy postawiłam sobie wysoko barierę, że przywiozę ten medal. Być może za dużo ludzi we mnie wierzyło, a ja nie chciałam ich zawieść. I to, że mi nie wyszło, sprawia że teraz tak głupio się czuję, że tyle ludzi na mnie liczyło, a ja nie mogłam im tego wynagrodzić.

DB: Wielu ludzi liczyło, wielu będzie liczyć dalej. Po zajęciu 2. miejsca na igrzyskach europejskich i 6. na igrzyskach olimpijskich przychodzi czas na kolejne starty. W październiku czekają nas mistrzostwa świata w Katarze. Myślę, że się Pani wybiera. Jak Pani ocenia swoje szanse?

Katarzyna Niewiadoma: Mistrzostwa Świata w Katarze to jest typowy wyścig dla sprinterów. Tam jest po prostu płasko, wietrznie i na prawdę nie ma szansy, żeby wygrał ktoś losowy. No może jakaś ucieczka pójdzie i wtedy… Ale raczej każdy, kto tam jedzie wie, że rozegra się tam wielki finisz z peletonu. Dlatego ja jadąc do Kataru pierwsze co chcę się skupić na drużynce, ponieważ prawdopodobnie wystartuję w jeździe drużynowej na czas z moją ekipą. I tam wiem, że mamy szanse walczyć o medale, jeśli dobrze pójdzie. W tamtym roku byłyśmy trzecie, także fajnie byłoby obronić znowu medal. Natomiast jeśli chodzi os start wspólny, jadę tam z myślą, żeby pomóc jednej z naszych najlepszych sprinterek, czyli Kasi Pawłowskiej albo Gieni Bujak – to już będzie też zależało od naszego trenera, który zadecyduje, która będzie szybsza czy lepsza. Natomiast z mojej strony o własnych aspiracjach czy ambicjach nie myślę, ponieważ znam swoje miejsce w peletonie i po prostu wiem, że nie jestem szybką zawodniczką. Chcę tam jechać i odwdzięczyć się dziewczynom za to ile razy one na mnie pracowały i pomóc im właśnie na tym wyścigu.

DB: My będziemy zatem bardzo mocno ściskać kciuki. Życzę oczywiście powodzenia.

Katarzyna Niewiadoma: Dziękuję.