Badmintonowe reminiscencje

Zakończony w niedzielę w podwrocławskiej Ślęzy badmintonowy turniej Polish Open to dobra okazja do podsumowania sytuacji polskiego badmintona w kontekście Igrzysk Olimpijskich w Londynie.

Zacznijmy jednak od podsumowania zakończonych w niedzielę Międzynarodowych Mistrzostw Polski. Odbyły się one w piękniej i nowoczesnej hali Matchpoint w położonej tuż za granicami Wrocławia Ślęzy. Hala używana na co dzień przez wrocławian dla rekreacyjnych gier w badmintona, tenisa i squasha doskonale się nadawała do zorganizowania zawodów badmintonowych kategorii International Challenge. Pomieściła na początku 5 kortów, na których od czwartku rozgrywano turnieje eliminacyjne. Na niedzielne finały została przerobiona – pozostał tylko jeden, centralny – telewizyjny kort. Niestety nie ma ona wielu miejsc siedzących dla widzów, a mimo to w pierwsze dni turnieju poza zainteresowanymi graczami i ich ekipami nie widać było na nich kibiców. Dopiero niedzielne mecze finałowe przyciągnęły sporo chętnych oglądania badmintona na profesjonalnym poziomie. Grupa kibiców żywiołowo reagowała na zdarzenia na centralnym korcie. Szkoda, że impreza nie była nadzwyczajnie rozreklamowana – ani na ulicach Wrocławia, ani w miejscowych mediach. Z „medialnych” ciekawostek: jedna ze stacji telewizyjnych wysłała na finałowe zawody do Ślęzy swoją ekipę, która dzielnie próbowała zebrać wywiady od niektórych zawodników, ale grubo przed najważniejszym z polskiego punktu widzenia finałem męskiego debla zwinęła manatki – ot taki folklor. Inna sprawa, że warunki do pracy dla przedstawicieli mediów oględnie mówiąc „nie rzucały na kolana”.  Reasumując organizacja zawodów stała na bardzo dobrym poziomie, co wielokrotnie podkreślali przedstawiciele zagranicznych ekip, które licznie przyjechały do Ślęzy.

Z punktu widzenia sportowego zawody stały na poziomie… średnim. Wystartowała w nich rzesza młodych polskich badmintonistów, dla których była to pierwsza okazja do zaprezentowania się na międzynarodowej arenie. Nie wiem, czy zżarła ich trema, czy też po prostu brakło umiejętności, fakt, że w pierwszych dniach turnieju większość pojedynków z udziałem Polaków kończyło się przegranymi naszych reprezentantów. Niestety również Polacy najwyżej notowani zawodzili na potęgę. Fakt, że do niedzielnych walk finałowych dotrwał jedynie męski debel Adam Cwalina i Michał Łogosz. A w finale i ci przegrali i to w marnym stylu z niżej notowanymi Rosjanami. Tak więc nie było okazji do oglądania Polaków na najwyższym podium Międzynarodowych Mistrzostw Polski. Szczególnie mnie osobiście zawiódł Przemysław Wacha, który zupełnie zatracił formę, która kilka tygodni temu pozwoliła mu wygrać Austrian Open – zawody identycznej kategorii co Polish Open. Martwią też permanentne walkowery ( powodu problemów zdrowotnych)  miksta Nadieża Zięba – Robert Mateusiak. Na szczęście gościliśmy w Polsce zawodników, których gra mogła się podobać i to bardzo. Mi najbardziej zaimponował reprezentant Tajwanu Jen Hao Hsu, który na korcie dokonywał cudów sprawności, zwinności i zaangażowania w walkę o zwycięstwo.

Niewesoły jest więc aktualny obraz polskiego badmintona. Spróbujmy mu się przyjrzeć pod katem kwalifikacji olimpijskich. Jedyną podstawą do uzyskania kwalifikacji na Igrzyska będzie ranking BEF na dzień 3 maja. W Londynie wystartuje po 38 singlistów i singlistek oraz po 16 debli i mikstów. W konkurencjach singlowych  państwa, których przedstawiciele zajmą miejsca w pierwszej czwórce rankingu będą mogły do Londynu wysłać po 3 reprezentantów, państwa, z których zawodnicy znajda się na miejscach 5-16,. Rankingu będą miały prawo wystawienia po dwóch zawodników – pod warunkiem, ze znajdą się on w czołowej 16-tce rankingu, zaś pozostałe państwa wystawia po jednym reprezentancie – aż do pełnej puli 38 startujących. W najświeższym (22.03.12012) rankingu singlistów Przemysław Wacha zajmuje 31 pozycję. Ranking ten daje naszemu singliście dość pewną kwalifikację, jakkolwiek istnieje dodatkowy wymóg PKOL, by singlista/singlistka znalazła się w czołowej 24-ce rankingu licząc po 3 lub dwóch zawodników z kraju. W tak skonstruowanym rankingu Polak jest 23. Musi więc bardzo uważać, by nie wypaść z grona przyszłych olimpijczyków. Potrzebne są takie występy jak w Austrii a nie jak w Polsce.  Wśród singlistek Kamila Augustyn zajmuje bardzo odległe 79. miejsce w rankingu. Niewiele jej jednak brakuje (raptem 7 pozycji) do wypełnienia kryteriów BWF. Tyle że do kryterium PKOL jest dużo dużo dalej. W grach deblowych na igrzyska awansują po dwie pary z jednego kraju z miejsc 1-8 rankingu i po 1 parze z pozostałych państw. Debel Adam Cwalina – Michał Łogosz zajmuje bezpieczne w kontekście igrzysk 21. miejsce w rankingu (12. wśród kwalifikujących się). Inny debel Łukasz Moreń – Wojciech Szkudlarczyk jest 44., i na igrzyska szans nie ma.  Najlepszy polski debel kobiecy Kamila Augustyn i Agnieszka Wojtkowska zajmuje w rankingu 125. miejsce i próby liczenia szans na start w Londynie mijają się z celem bo ich po prostu nie ma. W mikście sytuacja jest dość trudna. Nasz najlepszy duet Nadieżd Zięba – Robert Mateusiak zajmuje obecnie 26. miejsce w rankingu światowym (15. wśród kwalifikujących się). Jednak ostatnie występy polskiego miksta nie napawają optymizmem z powodów, o których pisałem nieco wcześniej. Liczyć musimy na poprawę stanu zdrowia nasze pary, bo inaczej Igrzyska uciekną im w siną dal. Inny polski mikst Wojciech Szkudlarczyk i Agnieszka Wojtkowska zajmuje 43. miejsce w rankingu i na start w Londynie szans raczej nie ma.

Podsumowując realnie liczymy na start w Londynie Wachy i debla Cwalina – Łogosz oraz mamy nadzieje na awans miksta Zięba – Mateusiak.

Najbliższa okazja do zdobycia punktów rankingowych już w tym tygodniu – w Vantaa zaplanowano Finnish Open (kategoria International Challenge)

Bartosz Szafran z Hali Matchpoint Ślęza pod Wrocławiem