Czemu on na Olimpiadzie, a ja tylko na TWG???

Igrzyska sportów nieolimpijskich pod tytułem The World Games przeszły do historii. Nieolimpijskich, bo nie będących w programie monopolistycznej imprezy odbywającej się co 4 lata z ramienia MKOL. Pogdybajmy sobie jednak trochę o zasadności dyscyplin pod logiem pięciu kółek…

W świecie komercjalizacji coraz więcej odbywa się różnego rodzaju imprez skupiających więcej niż jedną dyscyplinę. Oprócz wspomnianego już The World Games istnieje m.in. X Games skupiające sporty ekstremalne. Działaczom wielu światowych federacji sportowych po nocach śni się moment, kiedy ich dyscyplina zostanie zakwalifikowana do tej najważniejszej: Igrzysk Olimpijskich. Polityka MKOL-u jest niestety sztywna, ograniczająca liczbę uczestników do ok. 10 tysięcy, a wpisanie  nowej formy rywalizacji najczęściej wiąże się z wykreśleniem innej. Każda taka zmiana jest czymś tam motywowana, trudno jednak dojść prawdziwych intencji dycydentów. Sprawa nie dotyczy w zasadzie zimowej wersji, które trochę na siłę dołączają do programu coraz to nowe konkurencje polegające na skokach ocenianych na różne sposoby (raczej nie obowiązuje kryterium odległości), co dla wielu jest niedopuszczalne…

I tutaj możemy przejść do właściwych rozważań. Maksyma Igrzysk głosi: „Szybciej, wyżej, mocniej”. Spotkałem się już z opinią, która głosi, że co to jest za sport, w którym nie można czegoś stwierdzić jednoznacznie, w myśl powyższej zasady: rzucił dalej, skoczył wyżej, przebiegł czy przepłynął szybciej, zdobył więcej bramek, trafił celniej, zdobył więcej punktów (lub dał mocniej w m…. twarz i przeciwnik upadł). Tutaj na czoło wysuwają się niestety wiele uznanych marek: gimnastyka artystyczna, sportowa, trampolina, skoki do wody, pływanie synchroniczne, łyżwiarstwo figurowe oraz wspomniana już plejada konkurencji powietrznych narciarstwa dowolnego oraz snowboardu. Wyprzedzę tutaj komentarze i dodam: w skokach narciarskich też jest ocena za styl, niejeden przegrał medal za niższe oceny sędziowskie, jednak o sporcie Małysza nie wspomniałem, ponieważ końcowy wynik jest wypadkową kilku współczynników. Podobnie walki bokserskie wypaczane są kontrowersyjnym systemem naliczania punktów, który jednak da się wyeliminować poprzez wprowadzenie technologii podobnej do tej w szermierce, która całkowicie odmieniła oblicze pojedynków mistrzów fechtunku. TWG także ma w programie sporty, do których można się przyczepić: gimnastyka, tańce, pewne konkurencje wrotkarstwa czy narciarstwa wodnego. Nie jest oczywiście tak, że to wszystko jest be i powinno się tego zakazać: o ocenach decyduje uznane gremium, złożone z wielu osób, skrajne noty często się odrzuca, a końcowy wynik to średnia. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że często nazwisko nieco pomaga, a kontrowersji jest stanowczo za dużo. Co więcej, nie dyskredytuje to samych zawodników, ponieważ są to formy rywalizacji wymagające najcięższych treningów, od takiego wieku, kiedy człowiek nie rozumie jeszcze zbyt wiele. Kariery (tak jak w gimnastyce) są krótkie, a ryzyko kontuzji ogromne. Niestety, otoczka kontrowersji wokół ocen wydawanych przez sędziów jest tak duża, że nastręcza wątpliwości co do zasadności rozgrywania tych dyscyplin na Igrzyskach, czy nawet TWG.

Ciekawą sprawą jest też aspekt nazwany przeze mnie roboczo „współczynnikiem szczęścia”. Trochę ma związek z poprzednią wypociną: jednemu sędziowski werdykt sprzyja, innemu wręcz przeciwnie. To już jednak zostało dosyć dobrze przewałkowane, płyńmy więc w innym kierunku. Kule mojego hejtu jako pierwsze niech dosięgną hołubione jak Polska długa i szeroka skoki narciarskie. Słynny wiatr. Ileż to konkursów ten niewidoczny dla człowieka wyreżyserował pod swoje dyktando. Dawał zwycięstwa mało znanym, wciskał w ziemię najlepszych. Niejednokrotnie dwie próby oddawane przez zawodników weryfikowały nieco nutę jego batuty, a byli i tacy (Małysz u szczytu formy), którzy skutecznie mu się stawiali, jednak niejeden medal wisi na niewłaściwej szyi z jego powodu. Wiatr rozdaje też karty podczas zawodów łuczniczych, w dyscyplinach gdzie wszystkim wieje tak samo jego udział można uznać za marginalny, a narzekanie, że podczas sportów lotniczych na TWG jest zmienny wiatr to jak marudzenie kolarza, że przeciwnik miał mniejsze opory toczenia podłoża niż on. A pięciobój nowoczesny?  Jak dziś pamiętam skoki przez przeszkody, kiedy po trzech konkurencjach Marcin Horbacz był drugi. Niestety zawodnicy losują konie, a Polakowi trafił się taki, który na skoki tego dnia powiedział stanowcze i zdecydowane raczej nie. Efekt? Zamiast medalu 32 miejsce i zaginięcie w otchłani sportowej przeciętności… Jest także zawodność sprzętu. Zakładając, że stan sałaty wszędzie się zgadza (przynajmniej w większości), wszyscy więc dysponują podobnym, bądź identycznym sprzętem, czyt. najwyższej jakości. Niestety: kolarze łapią gumy, wiosła się łamią, żagle rwą, buty obcierają. Simon Ammann (vel.  Świstak) po ostatnich Igrzyskach płakał, że buty nie pozwalały mu na walkę. Dostawca obuwia jest monopolistą, trudno dostać coś pasującego idealnie, na sprzęt czeka się długo. Cóż, dramat Szymka nie jest naszą tragedią, my wyszliśmy na swoje. Czasami sprzęt się grzbieci, zawodnicy nie mają na to wpływu. Trochę jak z kontuzjami: jeden o siebie dba, a i tak złapie coś przed imprezą czterolecia, a jeden rozbija się po barach, a na koniec podium jest jego. Tutaj trudno kogoś o coś winić. The World Games, wcale lepsze nie jest niż klasyczne igrzyska. Sporty lotnicze w razie awarii sprzętu nie tylko kończy się stratą miejsca, lecz nawet życia. Żużel? Defekty są solą motosportu. Zresztą akurat dyscyplina Golloba nawet tutaj pojawiła się z powodu widzimisię polskich organizatorów dzięki możliwości wyboru.

Można odnieść wrażenie, że dużą rolę w doborze dyscyplin ma popularność czy wrośnięcie takowej w strukturę igrzysk. Takie biegi: polega to na tym samym, różni się tylko długością. Biegają typy dookoła stadionu, na końcu i tak wygrywa przedstawiciel Afryki bądź USA, ale… czy ktoś jest wstanie wyobrazić sobie olimpijskie zmagania bez tego? Ścigali się już w Grecji, a królowa sportu daje wielu największą satysfakcję. Z kolei za niektóre poza igrzyskami nie dalibyśmy złamanego grosza. Szczytem nudy jest dla mnie ujeżdżanie. Pewnie gdyby przeprowadzili wolne wybory, to przegrałoby ono z np. przeciąganiem liny (obecnym w programie do roku 1920). Albo kajak polo zamienił by się z pływaniem synchronicznym. O pływaniu słyszało wielu, o meczu na kajakach prawie nikt. Ponadto istniejące różne odmiany sportów: czy piłka ręczna w wersji piaszczystej jest gorsza od halowej? Pewnie nie, ale jest traktowana tylko jako jej wariacja, chociaż wciąż nie tak popularna jak np. piłka nożna plażowa. Z takich odmian na razie tylko siatkówka doczekała się swojej młodszej siostry na igrzyskach, a nadzieje na wprowadzenie do głównej imprezy czterolecia unihokeja czy korfballu wydają się płonne.

Jeszcze więcej mogą mieć przedstawiciele sportów walki. Liczba sztuk i metod zadawania ciosów przeciwnikowi jest niezliczona. Od zarania dziejów istniały boks i zapasy. Do kompletu dodane są judo oraz taekwondo. No właśnie: Wrocław gościł karate, sumo, ju-jitsu, muaythai oraz na zaproszenie kickboxing. O ile ta ostatnia to oczywiście wariacja, to reszta stanowi doskonałą alternatywę dla tych wyżej cenionych. Czym cechują się tamte, że są a te drugie nie? Trudno powiedzieć. Popuszczając wodze fantazji: dlaczego nie wprowadzić rozgrywek drużyn paintballowych. Albo dla urozmaicenia transmisji (ach ta pogoń z widzem) zalegalizować ustawki kibiców (statut z przygotowaniu). Przykłady można by mnożyć. Wszystko co dumnie zwie się sportem. Skoro ścigają się kolarze: szosowi, torowi, górscy, BMX, to dlaczego nie wprowadzić nowej kategorii: składaczki Wigry 3 na ramie dwa razy spawanej. Albo lekkoatletyka: rzut cegłą, bieg do ostatniego żywego, skok w bok (nie mylić ze zdradą). Szermierka: pogrzebacz lub chochlą do zupy.

W poprzednim akapicie trochę się rozpędziłem. W całym moim wypoconym feLYJETonie, chciałem tylko dowieść kilku rzeczy: nie można stopniować sportów na lepsze i gorsze na podstawie ich przynależności do imprezy. Wprawdzie w Polsce tylko olimpijscy medaliści mają państwowe emerytury, ale czy zajmujący miejsce ma pudle The World Games czymś mu ustępuje? Czy przykłada się mniej? Czy to w dyscyplinach, gdzie trzeba osiągnąć czas czy odległość, czy tam gdzie decyduje wrażenie sędziego większość stara się spełnić pewne wytyczne lepiej niż jego przeciwnik. Nie on zadecydował o programie Olimpiady. Można przypuszczać: czy jakaś federacja ma silniejsze lobby, a może czasami jakieś geszenki pomogły przychylniejszemu patrzeniu Panom i Paniom z MKOL na pewne sprawy, ale nie wart tego dalej roztrząsać, tylko: kibicować. Wszytko to dostarcza podobnych emocji kiedy biało – czerwony jest lepszy on innych.