Historia Zimowych Igrzysk Olimpijskich (2) – Wzloty i upadki


Mówisz „igrzyska olimpijskie”, myślisz – Grecja. Myślisz baron Pierre de Coubertin, czyli Francja. Myślisz Stany Zjednoczone, gdzie igrzyska gościły przecież najczęściej – osiem razy. Warto jednak wspomnieć jak niedocenioną rolę w budowaniu nowożytnych igrzysk odegrali Szwedzi. Victor Balck, Sztokholm 1912, wreszcie pewien emerytowany lekkoatleta i pierwszy prezydent IAAF, bez którego olimpizm mógłby stać się kolejną ofiarą wojny.

Johannes Sigfird Edstrom karierę rozpoczynał jako sprinter. W swoich najlepszych latach pokonywał 100 m w czasie poniżej 11 sekund, co na ówczesne realia było naprawdę solidnym wynikiem. W 1920 roku został członkiem MKOL-u, a w swojej działalności tam zasłynął głównie jako współtwórca kontrowersyjnej decyzji o wykluczeniu Paavo Nurmiego z Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1932 roku. Powodem – a jakże by inaczej – zarzuty o złamanie idei amatorstwa. Można mu wiele zarzucić, ale oddać trzeba, że jego charyzma i zaangażowanie bardzo mocno przyczyniły się do wskrzeszenia ruchu olimpijskiego po największym konflikcie zbrojnym w historii ludzkości.

A łatwo nie było. W zrujnowanej po II wojnie światowej Europie MKOl, jeśli chodzi o gospodarza Zimowych Igrzysk w 1948 roku, dużego wyboru nie miał. I tak padło na St. Moritz w neutralnej Szwajcarii. Położony we wschodniej części kraju kurort stał się tym samym pierwszym miastem, które dwukrotnie gościło „białą olimpiadą”. Tym razem była to jednak zupełnie inna impreza niż dwadzieścia lat temu, a coubertinowskie „Najważniejszą rzeczą w igrzyskach olimpijskich nie jest zwyciężyć, ale wziąć w nich udział…” nabrało jakby jeszcze większego sensu.

Igrzyska w St. Moritz były pierwszymi i do dziś jedynymi, na których pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej zajęły ex-aequo dwie nacje – Norwegowie oraz Szwedzi. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju początek końca totalnej dominacji norweskich sportowców na arenach zimowych igrzysk. Po zgarnięciu prawie 1/3 wszystkich możliwych do zdobycia medali w latach 1924-1936, po wojnie Norwegowie musieli się swoim dorobkiem nieco „podzielić” z noworodzącymi się potęgami – NRD, Finlandią, Austrią i przede wszystkim – Związkiem Radzieckim.

Jeśli mamy szukać podobieństw, to podobnie jak przed wojną, w centrum uwagi kibiców pozostawali łyżwiarze figurowi. U pań pochłoniętą karierą w Hollywood Sonją Henie zastąpiła 19-letnia Kanadyjka Barbara-Ann Scott. Filigranowa łyżwiarka rok przed igrzyskami w St. Moritz cieszyła się z pierwszego w karierze mistrzostwa świata, za co otrzymała w prezencie od burmistrza rodzinnego miasta – Ottawy samochód z numerem rejestracyjnym 47-U-1 (47 to rok triumfu w MŚ, U1 – you won) Nie spodobało się to włodarzom MKOL-u, którzy zagrozili Kanadyjce wykluczeniem z igrzysk, za – tu niespodzianka – złamanie idei amatorstwa. Scott w mistrzowski sposób zadrwiła sobie z działaczy – oddała samochód, zdobyła olimpijskie złota, a następnie… ponownie swoją nagrodę odebrała. Zmieniły się tylko numery rejestracyjne: 48-U-1.

Choć na olimpijskich taflach mogła jeszcze wiele osiągnąć, kto wie, może dorównać legendarnej Sonji Henie, zdecydowała się przejść na zawodowstwo. Na igrzyskach zobaczyliśmy ją już później tylko raz – w 2010 roku podczas ceremonii otwarcia ZIO w Vancouver wniosła na stadion flagę olimpijską. Aż trudno uwierzyć, że Scott aż do 1960 roku pozostawała jedyną kanadyjską mistrzynią zimowych igrzysk w dyscyplinie innej niż hokej na lodzie.

U panów w annałach zapisał się inny nastolatek, Richard Button. Rok młodszy od Scott Amerykanin zwycięstwo w St. Moritz powtórzył cztery lata później podczas Igrzysk w Oslo. Do historii przeszedł jednak przede wszystkim jako pierwszy, który wykonał podwójnego axla (1948) i potrójnego toeloopa (1952). Choć łyżwiarstwo figurowe zawsze należało do dyscyplin, w których sukcesy święcili młodzi zawodnicy, St. Moritz było pierwszym i jednym z zaledwie trzech przypadków w historii, gdzie zarówno wśród solistek, jak i solistów triumfowali nastolatkowie. Kolejne takie sytuacji miały miejsce w Innsbrucku w 1976 roku oraz trzy lata temu podczas Igrzysk w Soczi, gdzie najlepsi okazali się 19-letni Japończyk Yuzuru Hanyu i półtora roku młodsza reprezentantka gospodarzy – Adelina Sotnikova.

W St. Moritz i Oslo z medali cieszyła się rekordowa wówczas liczba trzynastu państw. Niestety, nie było wśród nich reprezentacji Polski, która na swój pierwszy krążek miała poczekać jeszcze cztery lata.

W 1956 roku igrzyska zawitały do Cortiny d’Ampezzo, malutkiego włoskiego miasteczka w samym sercu Dolomitów. Do historii przeszły jako igrzyska Antona Sailera, Austriaka, który jako pierwszy sięgnął po trzy złote medale w konkurencjach alpejskich na jednej olimpiadzie. Ogólnie jeśli chodzi o zimowe igrzyska był już piątym zawodnikiem z trzema triumfami na jednej imprezie, po nim dokonało tego jeszcze dziewiętnastu sportowców. Możemy jednak śmiało zaryzykować tezę, że żaden z nich nie dokonał tego w tak spektakularny sposób, z tak miażdżącą przewagą nad rywalami. 6,2 sekundy w slalomie gigancie, 4 sekundy w slalomie i 3,5 sekundy w zjeździe. Nie nad ostatnim, ale nad drugim zawodnikiem. Więcej dodawać chyba nie trzeba.

Cortina przeszła też do historii jako pierwsze zimowe igrzyska, w których wzięła udział reprezentacja Związku Radzieckiego. Zresztą nie tylko wzięła, ale też w cuglach zwyciężyła w klasyfikacji medalowej, a także (może raczej przede wszystkim) odniosła niezwykle prestiżowe zwycięstwo w turnieju hokeistów po spektakularnych triumfach nad Kanadą (2:0) i Stanami Zjednoczonymi (4:0).

Dla nas były to jednak przede wszystkim igrzyska Franciszka Gąsienicy-Gronia, który 31 stycznia został pierwszym polskim medalistą Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Pochodzący z Zakopanego narciarz słynął ze swojej wszechstronności. W przeszłości stawał na podium Mistrzostw Polski juniorów w narciarstwie alpejskim, grał w piłkę nożną – reprezentował barwy drugoligowego Orła Łódź, gdzie jego partnerem w ataku był legendarny Ernest Pohl, uprawiał także strzelectwo i skoki do wody. Ale to w kombinacji norweskiej, sporcie totalnie zdominowanym przez Skandynawów, Gąsienica-Groń czuł się najlepiej.

Norwegia – 14, Finlandia – 3, Szwecja – 1. Tak wyglądał podział medali w tej dyscyplinie do 1956 roku. Nic więc dziwnego, że na młodego, nieznanego Polaka z Zakopanego praktycznie nikt nie stawiał. Groń zadziwił wszystkich dopiero na treningach przed zawodami, gdzie skakał najdalej z całej stawki. Pierwszy skok w zawodach kompletnie mu jednak nie wyszedł – zaledwie 66,5 m, upadek i ostatnie, 36. miejsce. Na szczęście ówczesne zasady sprzyjały Polakowi – kombinatorzy oddawali trzy skoki, a do klasyfikacji końcowej liczone były dwa najlepsze. W kolejnych próbach zawodnik Wisły-Gwardii Zakopane znacząco się poprawił i pierwszą część dwuboju ukończył na solidnej, 10. pozycji. Pięć miejsc wyżej plasował się inny z Biało-czerwonych, Aleksander Kowalski. Jemu jednak bieg na 15 km kompletnie nie wyszedł i wypadł poza pierwszą dziesiątkę.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja Gronia, który biegał zdecydowanie lepiej niż większość czołówki po skokach. Zajął co prawda dopiero siódme miejsce, ale spośród zawodników, którzy wyprzedzali go po pierwszej części kombinacji okazał się gorszy tylko od Norwega Stenersena, mistrza olimpijskiego. Drugi był Szwed Bengt Eriksson, który pokonał Gronia o 0,6 pkt., czyli ok. siedem sekund biegu. Mniej więcej tyle ile nasz pierwszy medalista igrzysk zimowych stracił upadając na zjeździe niespełna dwa kilometry przed metą. Było pięknie, ale mogło być jeszcze lepiej.

Jeśli Gąsienica-Groń może mówić o pechu, to ciężko jakkolwiek nazwać to, co przydarzyło się cztery lata później w amerykańskim Squaw Valley innej naszej reprezentantce.

Debiutującą na Igrzyskach rywalizację panczenistek zdominowały reprezentantki Związku Radzieckiego, na czele z najlepszą na dystansach 1500 i 3000 m Lidią Skoblikovą. W pierwszym z tych biegów pozostałe dwa miejsca na podium zajęły Polki – Elwira Seroczyńska oraz Helena Pilejczyk. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i po wielkim sukcesie na 1500, Seroczyńska celowała jeszcze wyżej na dystansie 500 metrów krótszym. Złoto wydawało się być w zasięgu, tym bardziej że nie była to koronna konkurencja legendarnej Skoblikovej, a zawodniczka Sarmaty Warszawa zawsze lepiej czuła się na krótszych dystansach (za dwa lata miała sięgnąć po złoto mistrzostw świata na 500 m).

Seroczyńska pojechała fenomenalnie. Niemal przez cały wyścig była szybsza od tempa na rekord świata. Wjeżdżając w ostatni wiraż słyszała od trenera: „Biegniesz po złoto! Biegniesz po złoto!”. Bo tak właśnie było. Nic jej tego złota, pierwszego w historii polskich występów na zimowych igrzyskach, odebrać nie mogło. Nic, poza nieszczęśliwym upadkiem o… grudkę śniegu, która wtopiła się tor i o którą Seroczyńska zahaczyła. Upadła. Na ostatnich metrach straciła szansę na olimpijskie złoto. Marnym pocieszeniem było wówczas dla polskich kibiców piąte miejsce Heleny Pilejczyk. Szczęście było tak blisko…

Choć dziś ciężko w to uwierzyć, to w latach 1928-1956 polscy hokeiści uczestniczyli w sześciu turniejach olimpijskich z rzędu. Jedynym krajem, który mógł się poszczycić podobnym osiągnięciem była – bez niespodzianki – Kanada. Nie ma się jednak co oszukiwać – daleko nam było do hokejowych potęg takich jak ZSRR, Czechosłowacja, Stany Zjednoczone, czy Kanada właśnie. To te cztery nacje miały rozstrzygnąć między sobą kwestię medali na Zimowych Igrzyskach w Squaw Valley, pierwszych od 36 lat, na których zabrakło hokejowej reprezentacji Polski.

Zdecydowanymi faworytami wydawali się być Sowieci i Kanadyjczycy. Szczególnie groźnie wyglądali ci drudzy. Mocny i wyrównany skład, z zawodnikami, którzy za kilka lat mieli podbić NHL (m.in. czterokrotny zdobywca Pucharu Stanleya Bobby Rousseau czy solidny obrońca Darryl Sly – w najlepszej lidze świata występował przez trzy sezony) miał odzyskać olimpijskie złoto, po tym jak cztery lata temu w swoim debiucie odebrał im je Związek Radziecki.

Mało kto stawiał wówczas na gospodarzy. Amerykanie przed turniejem rozegrali kilka sparingów, w których wypadli, delikatnie mówiąc, przeciętnie. Zaskoczyli jednak wszystkich i w pierwszych spotkaniach zwyciężyli mocne reprezentacje Czechosłowacji oraz Szwecji. Prawdziwy sprawdzian miał jednak dopiero nadejść. 25 lutego, w starciu z Kanadyjczykami. Kanadyjczykami, którzy byli drużyną lepszą i też na przestrzeni całego turnieju prezentowali się zdecydowanie lepiej. Hokejowi bogowie byli jednak tego dnia Amerykanami. Bramki Cleary’ego i Johnsona pozwoliły wyjść Jankesom na bezpieczne prowadzenie, które utrzymali do końca drugiej tercji. Jak natchniony bronił Jack McCartan, który odbijając 39 strzałów na stałe zapisał się w historii amerykańskiego sportu. Na nic zdało się desperackie wycofanie bramkarza przez Kanadę już w połowie trzeciej tercji. Stany Zjednoczone 2, Kanada 1.

Dwa dni później Amerykanie po raz pierwszy w historii pokonali Związek Radziecki i od olimpijskiego raju dzielił ich już tylko jeden, malutki krok – zwycięstwo nad Czechosłowacją. Mecz rozgrywano dzień po starciu z Sowietami, o godzinie… 8:00. Po dwóch tercjach podopieczni Bobby’ego Bauera przegrywali 3:4. W przerwie do szatni Amerykanów wpadł kapitan reprezentacji Związku Radzieckiego – Nikołaj Sołogubow. Sowietom zależało na zwycięstwie USA – gdyby wygrała Czechosłowacja, zepchnęłoby ich to z podium na rozczarowujące, czwarte miejsce. Sołogubow, weteran II wojny światowej i mistrz olimpijski z Cortiny, przyniósł więc swoim wielkim rywalom… pojemniki z tlenem.

W położonym na wysokości 1900 m.n.p.m. Squaw Valley miało to kolosalne znaczenie. Jak bardzo? Amerykanie zwyciężyli trzecią tercję 6:0 i cały mecz 9:4 sięgając tym samym po pierwsze mistrzostwo olimpijskie w hokeju dla swojego kraju. Pierwsze i jedno z dwóch. To drugie sprawiło, że mało kto pamięta dziś o roku 1960, a zwycięstwa nad Kanadą, ZSRR i Czechosłowacją na stałe przeszły do historii amerykańskiego sportu jako „Forgotten miracle”.



Login

Welcome! Login in to your account

Remember me Lost your password?

Lost Password