Historia Zimowych Igrzysk Olimpijskich (3) – Zimna wojna, gorące spory

Szósta dekada dwudziestego stulecia to czas wielkich przemian cywilizacyjnych, które w pewnym sensie nie ominęły również ruchu olimpijskiego. Postępująca komercjalizacja igrzysk postawiła pod znakiem zapytania ideę amatorstwa, a tajemnicą poliszynela był fakt, że sportowcy zbijają na olimpijskich występach coraz to większy majątek. Walkę z wiatrakami postanowił podjąć pewien amerykański fanatyk. Fanatyk, który przy okazji przez dwadzieścia lat był najbardziej wpływowym człowiekiem w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim…

Jednym z tych sportowców, dla których sukces na igrzyskach stał się przepustką do komercyjnego sukcesu był Jean-Claude Killy. Francuz w Grenoble, w 1968 roku, powtórzył wyczyn Toniego Sailera i jako drugi alpejczyk (później udało się tego dokonać już tylko Janicy Kostelic) sięgnął po trzy złote medale na jednych igrzyskach. Choć nie obyło się bez kontrowersji.

Po triumfach w zjeździe i gigancie, do potrójnej korony Killy’emu brakowało już tylko mistrzostwa w slalomie. Jego najgroźniejszym rywalem miał być Austriak Karl Schranz, który w pierwszym przejeździe uzyskał czas o zaledwie 0,32 s gorszy od dwukrotnego mistrza olimpijskiego. Druga część zawodów rozgrywana była w bardzo gęstej mgle. Schranz ominął dwie tyczki, za co został zdyskwalifikowany, jednak złożył protest. Argumentował, że na trasie pojawił się jakiś mężczyzna, który przeszkodził mu w zjeździe. Protest zaakceptowano, Austriak powtórzył drugi przejazd, pojechał niemal perfekcyjnie i wyprzedził Killy’ego sięgając po brakujący w kolekcji złoty medal olimpijski. Tymczasem po kilku godzinach sędziowie… zmienili decyzję, zdyskwalifikowali Schranza i przyznali złoto reprezentantowi gospodarzy. „Mój złoty medal jest w domu Killy’ego!” – miał później powiedzieć zrozpaczony Austriak, który w narciarstwie alpejskim zdobył wszystko, oprócz olimpijskiego złota.

Killy, mimo że sportowcem był wielkim, nie wpisywał się w ideał olimpijczyka-amatora, którego tak bardzo oczekiwał od sportowców ówczesny prezydent MKOL, Avery Brundage. Fanatyczny obrońca amatorstwa w sporcie olimpijskim zwalczał francuskiego mistrza, który sporą część swojego majątku dorobił się na reklamach. Brundage nie stawił się na dekoracjach medalowych Killy’ego, a wcześniej np. obsługa konfiskowała narty Francuza od razu po minięciu linii mety, by ten nie pokazywał ostentacyjnie ich producenta. Killy nie był zresztą odosobnionym przypadkiem. Osiem lat później, w Sapporo, MKOL wykluczył z igrzysk… Karla Schranza. Brundage był do tego stopnia sfrustrowany narciarzami-profesjonalistami, że chciał – to nie żart – zlikwidować zimowe igrzyska.

By Ji-Elle (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

Nieco mniej kontrowersji mieliśmy cztery lata wcześniej w Innsbrucku, gdy do historii przechodziła Lidia Skoblikova – do dziś jedyna kobieta z czteroma złotymi medalami zimowych igrzysk na jednej olimpiadzie. Triumfy na 500, 1000 i 1500 m okrasiła pobiciem rekordów olimpijskich, na 3000 m ex-aequo drugie Han Pil-Hwe i Valentine Stenine wyprzedziła o 3,6 sekundy.

To właśnie Skoblikova oraz drużyna hokeistów, czterokrotnych mistrzów olimpijskich w latach 1964, 1968, 1972 i 1976, stali się symbolem radzieckiej dominacji na arenach zimowych igrzysk. Dominacji jeszcze większej, niż tej, jaką oglądaliśmy w dyscyplinach letnich. Na czterech wspomnianych igrzyskach Sowieci trzykrotnie, z miażdżącą przewagą, triumfowali w klasyfikacji medalowej. Tylko raz, w Grenoble w 1968r., musieli uznać wyższość Norwegów.

A dla Rosjan, którzy sport traktowali jako sposób na udowodnienie swojej wyższości nad kapitalistycznym zachodem, miało to ogromne znaczenie. Do legendy przeszła historia Anatolia Tarasova, uważanego za ojca rosyjskiego hokeja, którego w 1972 roku zwolniono z funkcji trenera reprezentacji narodowej po czternastu latach pracy. Powód? Tarasov odmówił celowego zremisowania ostatniego meczu Igrzysk w Sapporo przeciwko komunistycznej Czechosłowacji. Remis dalby naszym południowym sąsiadom srebro, porażka ze Związkiem Radzieckim 3:5 zepchnęła ich na trzecią pozycję, za Amerykanów.

By Tidningarnas Telegrambyrå (Sveriges Radio) [Public domain], via Wikimedia Commons

Wszyscy kochamy takie historie.

Włoch Eugenio Monti swoją karierę rozpoczyna jako narciarz. Kilkukrotnie zwycięża w mistrzostwach kraju, w 1952 roku ma zadebiutować na Igrzyskach w Oslo. Podczas treningu wypada z trasy i łamie obie nogi. Chcąc nie chcąc, z narciarstwa zjazdowego przerzuca się na bobsleje, które jeszcze niedawno kompletnie go nie interesowały. W 1956 roku, w Cortinie jako pilot ekipy gospodarzy sięga po srebrne medale w rywalizacji dwójek i czwórek. W Squaw Valley, gdy Monti ma już wszystko, by sięgnąć po olimpijskie złoto, zawody bobslejowe zostają wyrzucone z programu igrzysk (jedyny raz w historii), ponieważ Amerykanie tnąc koszty rezygnują z budowy toru.

Cztery lata później w Innsbrucku Monti przeżywa kryzys formy i zdobywa „tylko” dwa brązowe medale. Zapamiętany jest jednak z zupełnie innego powodu.

Chwilę przed zawodami dwójek awarii ulega bobslej Brytyjczyków, Anthony’ego Nasha i Robina Dixona. Monti pożycza im śrubę ze swoich sań, dzięki czemu Wyspiarze stają na starcie i sięgają po czwarty w historii swojego kraju złoty medal zimowych igrzysk olimpijskich. Niedługo później włoska legenda bobslejów staje się pierwszym sportowcem uhonorowanym medalem Pierre’a de Coubertina, przyznawanym osobom, „które w szczególny sposób oddają ducha olimpijskiej rywalizacji, prezentując przy tym niezwykłe zaangażowanie na rzecz całego ruchu”.

W Grenoble los oddał Montiemu to, co wcześniej zabrał. Był 1968 rok, a włoski pilot miał już ponad 40 lat. Nie przeszkodziło mu to jednak w sięgnięciu po podwójną koronę – zwycięstwie zarówno w czwórkach, jak i w dwójkach. Pierwszą konkurencję zwyciężył z przewagą dziewięciu setnych sekundy nad załogą austriacką z pilotem Erwinem Thalerem, w drugiej uzyskał dokładnie taki sam łączny czas jak Horst Floth z RFN. O zwycięstwie zadecydował najkrótszy czas pojedynczego ślizgu (1.10,05 do 1.10,15).

Po Austrii i Francji „biała olimpiada” po raz pierwszy zawitała do Azji, a konkretnie do położonego na północy kraju Sapporo. Mimo że ogólna liczba sportowców, w porównaniu do Grenoble, spadła, Polacy wysłali trzecią największą w historii, 47-osobową reprezentację. Byliśmy razem z Kanadą dziewiątą najliczniejszą ekipą tamtych igrzysk.

Podobnych nadziei medalowych jak mniej liczne od naszej ekipy Austrii czy NRD jednak nie mieliśmy. Do 11 lutego naszymi największymi sukcesami było piąte miejsce saneczkarskiej dwójki Więckowski/Kublik,  szósta pozycja w jedynkach kobiet, zajęte ex-aequo przez dwie Polki – Wiesławę Martykę i Halinę Kanasz oraz siódme miejsca naszych sztafet – biegaczek narciarskich oraz biathlonistów.

Wspomniany 11 lutego to w Kraju Kwitnącej Wiśni święto narodowe – Dzień Pamięci Założenia Państwa. Japończycy świętują w tym dniu objęcie władzy przez pierwszego cesarza Jimmu w 660 r. p.n.e.  W 1972 roku święto to miało tez być dniem wielkiego triumfu japońskich skoczków, którzy po zgarnięciu całego podium na skoczni normalnej, chcieli powtórzyć ten wyczyn na dużym obiekcie, a nowy bohater narodowy – Yukio Kasaya, miał stać się pierwszym w historii skoczkiem z dwoma złotymi medalami na jednych igrzyskach.

W pierwszej serii Kasaya skoczył znakomicie, ale o 5,5 pkt wyprzedził go pewien nikomu nieznany 19-letni Polak, Wojciech Fortuna, który lotem na odległość 111 metrów nieomal pobił rekord słynnej Okurayamy. Wielu mówiło o najlepszym skoku w historii, ale do pełni szczęścia brakowało jeszcze jednego kroku.

Druga seria to istny pogrom faworytów. Daleko za podium wypadł Kasaya, a swoje skoki zepsuli też inni faworyci – Wolf z NRD, Napalkov ze Związku Radzieckiego czy Jiri Raska z Czechosłowacji. Fatalnie wypadli pozostali reprezentanci gospodarzy – Akitsugu Konno i Takashi Fujisawa, którzy z szóstego i siódmego miejsca wypadli poza pierwszą dziesiątkę. Złoto Fortuny wydawało się być formalnością. Tymczasem podpalony myślą o historycznym sukcesie młody Polak kompletnie zepsuł swój skok uzyskując odległość zaledwie 87,5 m.

Wystarczyło. O 0,1 pkt 19-latek z Zakopanego wyprzedził drugiego Szwajcara Waltera Stainera, o 0,6 pkt trzeciego Rainera Schmidta z NRD i o 0,7 pkt czwartego Fina Tauno Käyhkö.

Fortuna, czyli szczęście.

W 1976 roku, po zaledwie dwunastu latach, igrzyska ponownie powróciły do Innsbrucka, chociaż pierwotnie na gospodarza wybrano Denver. Stolica stanu Colorado z powodu rosnących kosztów wycofała się jednak z organizacji imprezy, którą przejęli Austriacy.

Po raz drugi z rzędu pierwsze dwa miejsca w klasyfikacji medalowej przypadły ZSRR i NRD. Tym razem ich dominacja była jeszcze bardziej widoczna – 46 ze 111 medali (20 z 37 złotych) przypadło właśnie tym dwom nacjom.

W zdominowanych przez Sowietów biegach narciarskich uwagę wszystkich zwrócił pewien 20-letni Amerykanin. William Koch jako pierwszy wprowadził na narciarskie trasy technikę biegu przypominającą łyżwiarstwo, z nartami skierowanymi czubkiem do zewnątrz, a nie tak jak dotychczas – na wprost. Na dystansie 30 km zajął dzięki temu drugie miejsce, ustępując tylko byłemu żołnierzowi Armii Czerwonej, Siergiejowi Sawieljewowi. Choć trudno w to uwierzyć, do dziś pozostaje jedynym amerykańskim medalistą olimpijskim w tej dyscyplinie.

Dla Polaków Innsbruck nie był już tak udany jak Sapporo. Zaledwie trzy punktowane miejsca, z których najlepszym była szósta pozycja hokeistów, zwiastowały trudne lata dla polskiego sportu zimowego. Jak się okaże, na kolejny krążek na śniegu lub lodzie przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.