Historia Zimowych Igrzysk Olimpijskich (4) – Więcej niż cud

Przed kilkoma laty Sports Illustrated umieścił ten mecz w swoim rankingu „100 najważniejszych wydarzeń w historii sportu” na pierwszym miejscu. „Cud na lodzie”, czyli słynne zwycięstwo hokeistów Stanów Zjednoczonych nad Związkiem Radzieckim to coś zdecydowanie więcej niż sportowa sensacja.

Henry Zbyszynski [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

Historia każdego narodu to zarówno te gorsze, jak i lepsze momenty. Zdecydowanie do tej pierwszej kategorii należały w Stanach Zjednoczonych lata 70. XX stulecia. Porażka w Wietnamie, kryzys naftowy, Watergate. Nie był to – jak mawiają za oceanem – „great time to be alive”. I choć wydawać się to może dziwne, punktem zwrotnym w tej historii, okazać miał się pewien mecz, po dziś dzień określany mianem cudu.

Herb Brooks objął olimpijską reprezentację USA na niespełna rok przed Igrzyskami w Lake Placid, tuż po tym jak wraz z drużyną uniwersytetu Minnesota sięgnął po trzecie w swojej karierze mistrzostwo NCAA. Oczekiwań nie miał zbyt wygórowanych – od czasu zwycięstwa w Squaw Valley Amerykanie tylko raz stanęli na olimpijskim podium, toteż za sukces uznano już sam awans do strefy finałowej, w której o medale walczyć mieli, oprócz gospodarzy – Finlandia, Szwecja oraz Związek Radziecki.

Sowieci grali wówczas w zupełnie innej lidze. W latach 1964-1976 na igrzyskach mieli bilans 22-1-1. Amerykanów ograli w tym okresie czterokrotnie – 5:1 w Innsbrucku, 10:2 w Grenoble, 7:2 w Sapporo i 6:2 ponownie w Innsbrucku. Na pięć dni przed Igrzyskami w Lake Placid obie drużyny zmierzyły się ze sobą w ostatnim sparingu przygotowawczym. Związek Radziecki  10, Stany Zjednoczone 3.

Nic więc dziwnego, że do spotkania przeciwko rywalom zza żelaznej kurtyny Amerykanie podchodzili przygotowani na sromotną klęskę. Przynajmniej ci, którzy ten mecz oglądali. Zespół trenera Brooksa miał na ten temat nieco odmienne zdanie i przez pierwszą tercję, mimo miażdżącej przewagi, dzielnie stawiał czoła utytułowanym rywalom. Jak natchniony bronił fenomenalny Jim Craig, a zdobyta w ostatniej sekundzie przed przerwą bramka Marka Johnsona dała gospodarzom remis 2-2.

Mimo prowadzenia po czterdziestu minutach 3-2, w trzeciej tercji Sowieci nie potrafili odskoczyć uczelnianej reprezentacji USA, co ci skrzętnie wykorzystali. Tretiaka pokonał najpierw Johnson, a na dziesięć minut przed końcem Eruzione. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie. Podopieczni Herba Brooksa zwyciężyli 4-3, dwa dni później pokonali Finlandię 4:2 i sięgnęli po olimpijskie złoto, a „do you belive in miracles?” komentującego tamte spotkanie Ala Michaelsa na zawsze przeszło do legendy nie tylko amerykańskiego, ale i światowego sportu.

Wiele wskazuje na to, że zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim długo świętował panczenista Eric Heiden, który następnego dnia celował w swoje piąte na tych Igrzyskach olimpijskie złoto, tym razem na dystansie 10 000m. Siedmiokrotny mistrz świata na swój start bowiem… zaspał. Zjedzone w pośpiechu śniadanie i krótki czas przygotowania do startu nie przeszkodziły mu w sięgnięciu po historyczne, piąte indywidualne złoto na jednych Igrzyskach. 500m, 1000m, 1500m, 5000m i 10 000m. Wyobrażacie sobie Usaina Bolta rywalizującego na 10 000m z Mo Farahem? Porównanie mocno na wyrost – łyżwiarstwo szybkie nie wymaga z pewnością takiej specjalizacji jak lekkoatletyka, jednak wyczyn 22-letniego wówczas Heidena i tak budzi ogromny respekt.

Choć trudno w to uwierzyć, zmęczony swoją sławą Heiden w wieku 22 lat, zaraz po Lake Placid, zakończył karierę łyżwiarza i przesiadł się na rower. W zawodowym kolarstwie sukcesów jednak nie odniósł, skupił się więc… na karierze lekarza. Jeśli chodzi o zimowe dyscypliny, do dziś nikt nie powtórzył jego nieprawdopodobnego wyczynu – pięciu złotych medali w konkurencjach indywidualnych na jednych igrzyskach. W lecie dokonała po nim tego tylko dwójka – Vitaly Shcherbo (1992) i Michael Phelps (2008).

Trzeba przy tym pamiętać, że Cud na Lodzie i nieprawdopodobny wyczyn Heidena były znaczącymi, ale jednymi z nielicznych niepowodzeń radzieckiej maszyny do zdobywania medali. W Lake Placid oraz cztery lata później w Sarajewie dwaj najważniejsi przedstawiciele bloku wschodniego – ZSRR oraz NRD, sięgnęli po łącznie 94 z 232 możliwych do zdobycia medali, w obu przypadkach zajmując pierwsze dwa miejsca w klasyfikacji medalowej.

By Anefo / Croes, R.C. [CC BY-SA 3.0 nl (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/nl/deed.en)], via Wikimedia Commons

Mówiąc o radzieckiej dominacji na „białej olimpiadzie” nie sposób nie wspomnieć o Raisie Smetaninie, biegaczce narciarskiej, która jako pierwsza w historii poszczycić się mogła dwucyfrową liczbą medali na ZIO. Mierząca niewiele ponad 1,6m Smetanina karierę rozpoczynała stosunkowo późno, bo w wieku 15 lat. Osiem lat później cieszyła się z pierwszego olimpijskiego złota, do którego w przyszłości dołożyła jeszcze dziewięć krążków – trzy z najcenniejszego kruszcu, pięć srebrnych i jeden brązowy.

Nieco wcześniej swoją karierę rozpoczynała Katarina Witt z NRD – pierwsza łyżwiarka od czasów Sonji Henie, która dwukrotnie na zimowych igrzyskach sięgnęła po tytuł najlepszej solistki. W obu przypadkach złoto nie przyszło jej jednak łatwo – w Sarajewie w 1984 minimalną różnicą zwyciężyła drugą Amerykankę Rosalyn Sumners, cztery lata później w Calgary, w legendarnej „Battle of the Carmens” pokonała rodaczkę Sumners, Debi Thomas (obie, główne kandydatki do złota, w programie dowolnym pojechały do opery „Carmen” Georges’a Bizeta). Thomas, która okazała się lepsza w programie krótkim, nie wytrzymała presji i po licznych błędach w drugiej części zawodów spadła na trzecie miejsce.

Matti Nykaenen do dziś uznawany jest za najwybitniejszego skoczka w historii. Dziewięć medali mistrzostw świata, pięć mistrzostw świata w lotach, cztery kryształowe kule, 46 zwycięstw w zawodach Pucharu Świata i wreszcie pięć medali igrzysk olimpijskich, w tym aż cztery z najcenniejszego kruszcu, czynią go nieśmiertelnym. I choć kolekcja medalowa Fina nie byłaby z pewnością aż tak okazała bez pomocy kolegów z drużyny, trzeba oddać cesarzowi co cesarskie. 18,5 pkt – przewaga z jaką w Sarajewie pokonał na dużej skoczni drugiego Jensa Weissfloga do dziś pozostaje poza zasięgiem kogokolwiek. Trzy indywidualne triumfy złota olimpijskie – to udało się tylko ponad ćwierć wieku później Simonowi Ammanowi.

Nykaenen to jednak nie tylko legenda skoków, ale też jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii tej dyscypliny. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „Latający Fin”, jak go nazywano, mógł osiągnąć na skoczni zdecydowanie więcej. Jego kariera to historia nie tylko zwycięstw, ale także (a może przede wszystkim) wielkich skandali, takich jak wyjazd na egzotyczne wakacje w czasie… Turnieju Czterech Skoczni.

Czterokrotny mistrz olimpijski nie stronił od alkoholu. To właśnie on – w połączeniu z bólami kręgosłupa – przyczynił się do przedwczesnego zakończenia jego kariery w 1991 roku. Poza skocznią nie było jednak lepiej – w 2004r. Nykaenen trafił za kratki na ponad dwa lata za pobicie przyjaciela po tym, jak… przegrał z nim w siłowaniu na palce. Sytuacja powtórzyła się kilka lat później – tym razem sąd skazał go po tym, jak zaatakował nożem swoją żonę. Kontrowersyjna postać to mało powiedziane.

A Polacy? Cóż, najdelikatniej mówiąc, nie był to najlepszy okres jeśli chodzi o występy Biało-czerwonych na zimowych igrzyskach. Choć zdarzały się „sukcesiki”, jak piąte miejsca łyżwiarza figurowego Grzegorza Filipowskiego i panczenistki Erwiny Ryś-Ferens czy zwycięstwo hokeistów nad Finlandią w Lake Placid, o medalu na śniegu lub lodzie mogliśmy w czasach po Wojciechu Fortunie co najwyżej pomarzyć.

Login

Welcome! Login in to your account

Remember me Lost your password?

Lost Password