Historia Zimowych Igrzysk Olimpijskich (6) – Polska dekada

Starsi kibice do dziś z rozrzewnieniem wspominają lata 60, 70. i 80. XX wieku, kiedy polscy sportowcy dawali nam rekordowo dużo powodów do radości –  miejsca w pierwszej dziesiątce klasyfikacji medalowych na letnich igrzyskach olimpijskich, dwa medale piłkarskich mundiali – dziś to sukcesy, o których możemy co najwyżej pomarzyć. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja na arenach sportów zimowych – tutaj nasze „złote lata” to historia, której na bieżąco jesteśmy świadkami.

I, Thomas Grollier [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html), CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/) or CC BY-SA 2.5-2.0-1.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5-2.0-1.0)], via Wikimedia Commons

Zwycięstwo Turynu w wyścigu o organizację XX Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2006 roku było jednym z najbardziej jednostronnych w historii. Dawna stolica Królestwa Sardynii w decydującym głosowaniu miała tylko jednego rywala – szwajcarski Sion, który zwyciężyła stosunkiem głosów 53-36. Wcześniej z walki o „białą olimpiadę” odpadły cztery inne miasta, w tym nasze Zakopane i tak oto pierwsze polskie starania o organizację najważniejszej sportowej imprezy świata zakończyły się kompletnym fiaskiem. Nieco inaczej wyglądało to całe szczęście na samych igrzyskach, z których drugi raz z rzędu udało nam się wywieźć dwa medale. Drugi raz z rzędu – srebro i brąz.

A musieliśmy czekać na nie długo, bo aż do trzech ostatnich dni turyńskiej imprezy. 24 lutego w biegu na 30 km stylem dowolnym trzecie miejsce zajęła 23-letnia i mało komu wówczas znana Justyna Kowalczyk. Kowalczyk, która w ogóle miała na tych Igrzyskach nie wystąpić. W czerwcu 2005 roku została bowiem zdyskwalifikowana na dwa lata za zażycie niedozwolonego środka dopingowego – deksametazonu. Dopiero kolejne apelacje i tłumaczenia, że Polka używała deksametazonu tylko i wyłącznie do leczenia kontuzjowanego ścięgna Achillesa pozwoliły skrócić karę do pół roku.

Kolejno 21, 19. i 18. miejsce w biegu indywidualnym, sprincie oraz biegu pościgowym to z pewnością nie były rezultaty, na które liczyliśmy ze strony naszego najlepszego biathlonisty – Tomasza Sikory. Po nieco rozczarowujących występach mało kto liczył na sukces w przedostatnim dniu Igrzysk, kiedy to rozgrywany był debiutujący na najważniejszej sportowej imprezie czterolecia bieg ze startu wspólnego. Tym bardziej, że nie był to ulubiony dystans naszego zawodnika – dość powiedzieć, że przed Turynem Sikora ani razu nie stawał w biegu masowym z cyklu Pucharu Świata na podium.

A jednak. Tego dnia zawodnik AZS AWF Katowice pobiegł i (przede wszystkim) strzelał znakomicie. Jedyne pudło w ostatnim z dwudziestu strzałów nie przeszkodziło mu wybiec na ostatnią rundę na prowadzeniu. Trzy sekundy za nim wybiegł Niemiec Michael Greis, który zachował nieco więcej sił na końcówkę i na ostatnich metrach wyprzedził Sikorę, który zadowolić się musiał „tylko” srebrem. To pierwszy i do dziś jedyny medal olimpijski w biathlonie dla naszego kraju.

Tyle o polskich bohaterach Turynu. Nie sposób nie wspomnieć przy tej okazji o bohaterach całych Igrzysk. I choć trójka sportowców poszczycić się mogła aż trzema złotymi medalami (wspomniany już Greis, który do złota w biegu masowym dorzucił zwycięstwa w biegu indywidualnym i sztafecie oraz startujący w short tracku Koreańczycy – Ahn Hyun Soo i Jin Sun-Yu), najbardziej w pamięci kibiców zapisał się chyba Jewgienij Pluszczenko. Rosjanin całkowicie zdominował rywalizację łyżwiarzy figurowych sięgając po swój drugi olimpijski medal i pierwsze złoto w karierze, z nieosiągalną do dziś dla nikogo przewagą ponad siedemnastu punktów nad drugim Szwajcarem Stéphanem Lambielem.

Warto dodać, że Igrzyska w Turynie były pierwszymi, na których zastosowano nowy system punktowania w zawsze kontrowersyjnym łyżwiarstwie figurowym – z dwunastu ocen sędziowskich losowano dziewięć, a każdy element techniczny punktowany był osobno. Mimo krytyków, którzy zwracali uwagę na to, że nowy system zabija w zawodnikach kreatywność, trzeba przyznać, że zmniejszył on do minimum kontrowersje, które od lat były nieodłącznym elementem tej dyscypliny.

By Tim Hipps [Public domain], via Wikimedia Commons

11 lutego, dzień przed ceremonią otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2010 w Vancouver minęło dokładnie 38 lat od ostatniego polskiego złota na „białej olimpiadzie”, zdobytego w Sapporo przez Wojciecha Fortunę. Na kolejny olimpijski triumf Polaka w dyscyplinie na lodzie lub śniegu przyszło nam czekać wyjątkowo długo. Ale doczekaliśmy się. A wszystko za sprawą Justyny Kowalczyk, która o ile do Turynu jechała jako młoda, perspektywiczna biegaczka, która może pokrzyżować szyki faworytkom, o tyle w Vancouver była już niekwestionowaną gwiazdą, a jej rywalizacja z prawdopodobnie najlepszą w historii tej dyscypliny Marit Bjorgen miała być jednym z najważniejszych wydarzeń Igrzysk.

W sprincie lepsza okazała się Bjorgen, Kowalczyk zadowolić musiała się srebrem. Dwa dni później nieprawdopodobna Norweżka sięgnęła po kolejne złoto, tym razem w biegu łączonym. Kowalczyk była trzecia, o niespełna pół sekundy przegrywając na ostatniej prostej ze Szwedką Anną Haag. Na dzień przed ceremonią zamknięcia zaplanowano danie główne jeżeli chodzi o rywalizację biegaczek narciarskich – bieg na 30 km stylem klasycznym.

Chyba nikt nie miał wątpliwości, że walka o złoto sprowadzi się tu do dwójki Kowalczyk-Bjorgen. Żadna z zawodniczek nie wytrzymała morderczego tempa narzuconego od 25 km przez obie panie i wiadomo było już, że tylko Polka i Norweżka liczyć się będzie w walce o końcowy triumf. Na ostatnią prostą wjechały niemalże jednocześnie. To, co wydarzyło się później na zawsze zapisało się w historii zarówno biegów narciarskich, jak i polskiego sportu.

Kowalczyk stała się tym samym pierwszą kobietą, która sięgnęła po złoto ZIO dla Polski, a także trzecią Polką – po Irenie Szewińskiej i Teresie Ciepły – z medalami olimpijskimi każdego koloru. Jej sukces był ukoronowaniem najlepszych w historii naszego kraju zimowych igrzysk olimpijskich. Oprócz trzech medali Kowalczyk cieszyliśmy się jeszcze z dwóch srebrnych krążków Adama Małysza, któremu upragnione złoto po raz kolejny sprzątnął sprzed nosa niesamowity Simon Amman oraz niespodziewanego brązu drużyny panczenistek z składzie Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska, Katarzyna Woźniak.

Finisz biegu na 30 km klasykiem pań był bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń kanadyjskich igrzysk. Ale na pewno nie najbardziej spektakularnym. Tu miejsce należy się Sidneyowi Crosby’emu i jego złotej bramce w dogrywce olimpijskiego finału przeciwko Stanom Zjednoczonym. Drużyna spod znaku Klonowego Liścia jeszcze pół minuty przed końcem prowadziła w starciu z odwiecznym rywalem 2:1, wtedy jednak krążek do bramki gospodarzy wpakował Zach Parise doprowadzając do dogrywki. Z doświadczenia wiemy, że takie mecze wygrywa zwykle drużyna, która goniła wynik. Nie tym razem.

Kanadyjczycy wrócili na tron nie tylko w rywalizacji hokeistów, ale też w klasyfikacji medalowej igrzysk. Po piątych miejscach w Salt Lake City i Turynie, tym razem sportowcy spod znaku Klonowego Liścia okazali się najlepsi, sięgając aż po czternaście złotych krążków – najwięcej w historii zimowych igrzysk dla jednego kraju. Cztery lata później ich osiągnięcie udało się niemalże wyrównać Rosjanom, którzy trzynaście razy stawali na najwyższym stopniu podium. Tak przynajmniej moglibyśmy napisać jeszcze trzy lata temu. Z 33 medali w tym 13 złotych Sbornej odebrano bowiem w związku z dopingiem aż 13 krążków, w tym cztery złote, co zepchnęło gospodarzy z pierwszego na czwarte miejsce w klasyfikacji medalowej. Na dziś dzień.

Dla świata sportu Soczi zapamiętane zostanie głównie z powodu rosyjskiego skandalu dopingowego. Dla nas – jako najlepsze zimowe igrzyska w historii. Choć liczymy, że w najbliższej przyszłości uda się naszym sportowcom pobić ten wynik, nie ma się co oszukiwać – cztery złote medale na jednych zimowych igrzyskach to coś, co może się już nam długo, długo nie przytrafić.

Zaczęło się już drugiego dnia, od triumfu Kamila Stocha na skoczni normalnej. Czasem, żeby pewne sukcesy docenić, musimy spojrzeć na nie z perspektywy czasu, ale chyba nawet dziś nikt nie ma wątpliwości, że to, czego dokonał tamtego dnia na skoczni RusSki Gorki Stoch, było jednym z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii polskiego olimpizmu. Najdalsze skoki w obu seriach i miażdżąca, prawie trzynastopunktowa przewaga nad drugim Peterem Prevcem – z większą różnicą nad drugim zawodnikiem w historii wygrywali tylko Nykanen i Bredesen w odpowiednio 1992 oraz 1994.

By Atos International [CC BY-SA 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons

Stoch powtórzył swój sukces sześć dni później na skoczni dużej na stałe zapisując się w historii swojej dyscypliny. Przed nim dwoma indywidualnymi triumfami na igrzyskach poszczycić się mogły tylko legendy – raz Matti Nykanen i dwukrotnie Simon Ammann. Zwycięstwo na skoczni dużej nie przyszło tak łatwo jak na obiekcie normalnym – w drugim skoku Stoch oddał gorszą próbę niż odpowiednio drugi i trzeci w konkursie Noriaki Kasai i Peter Prevc, ale zaliczka z pierwszej serii okazała się wystarczająca – 1,1 pkt przed 42-letnim Japończykiem i drugie olimpijskie złoto.

Dwa dni przed Stochem pierwszą dwukrotną zimową mistrzynią olimpijską z Polski została Justyna Kowalczyk. 31-letnia już Polka, świadoma swoich ograniczeń w stylu dowolnym, cały sezon celowała właśnie w ten bieg. I wycelowała. Prowadzenie od pierwszego do ostatniego pomiaru czasu, na mecie ponad 18 sekund przewagi nad drugą Kallą i 28 nad trzecią Johaug. A wszystko to mimo złamanej kości śródstopia.

Złośliwi mogą powiedzieć, że na siłę szukamy patosu, ale każdy z polskich triumfów w Soczi miał w sobie coś niezwykłego. Czwarte złoto to dzieło panczenisty Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 m. Jedyne nie-holenderskie złoto w rywalizacji łyżwiarzy szybkich (mężczyzn), złoto, o którym zadecydowały… trzy tysięczne sekundy. O tyle właśnie Bródka wyprzedził drugiego Holendra Koena Verweija. Czyżby sprawiedliwość dziejowa oddała nam to, co zabrała 54 lata wcześniej w Squaw Valley, kiedy grudka śniegu spowodowała upadek jadącej po pewne złoto Elwiry Seroczyńskiej?

Przy czterech złotych medalach Stocha, Kowalczyk i Bródki jakby bez większego znaczenia wydają się podia drużyn panczenistek (srebro) i panczenistów (brąz). Medale, które jeszcze dekadę wcześniej byłyby dla nas historycznym sukcesem, tu stanowiły tylko uzupełnienie najlepszego w historii występu Biało-czerwonych na zimowych igrzyskach – cztery złote, jeden srebrny i jeden brązowy medal dały nam jedenaste miejsce w klasyfikacji medalowej – licząc zarówno igrzyska zimowe, jak i letnie, najlepsze od Atlanty 1996, kiedy również zajęliśmy jedenastą pozycję.

Login

Welcome! Login in to your account

Remember me Lost your password?

Lost Password