Miasto spotkań, miasto emocji – moje podsumowanie TWG2017

Przez ostatnie 10 dni Wrocław był centrum światowego sportu i tętnił rytmem The World Games 2017, czyli Igrzysk Sportów Nieolimpijskich. Wśród tłumu zawodników i dziennikarzy z całego świata znalazłem się także ja – nieco niepozorny chłopak spod Warszawy, stawiający swoje pierwsze kroki w świecie dziennikarstwa. Swoje wrażenia i wspomnienia spisałem specjalnie dla wszystkich zainteresowanych w pociągu relacji Wrocław Główny–Warszawa Centralna.

Miasto i ludzie

Wrocław, który reklamuje się jako „miasto spotkań” już od pierwszego momentu  zrobił na mnie duże wrażenie. Jak zresztą mogło być inaczej, skoro po wyjściu z wagonu na peron po ponad 6-godzinnej podróży zobaczyłem piękny, choć bardzo zatłoczony dworzec. W późniejszych dniach czasu na zwiedzanie w zasadzie nie było, ale cieszę się, że w końcówce igrzysk udało mi się znaleźć dwie wolne godziny, żeby pochodzić po wrocławskim rynku. To miejsce niezwykle barwne, przepełnione muzyką i gwarem rozmów dochodzących z kawiarni i restauracji. Naprawdę miło było usiąść na ławce, pozachwycać się pięknem starówki, posłuchać muzyków grających na akordeonie i tak po prostu odpocząć od emocji sportowych.

Embed from Getty Images

To co mnie zaskoczyło, to fakt, że w tak dużym mieście niezwykle trudno było się zgubić. Już po pierwszych dniach problemu nie stanowiło przedostanie się w dowolnie wybrane miejsce, co dla mnie jako człowieka nie posiadającego praktycznie żadnej orientacji w terenie okazywało się niezwykle zbawienne. Pozytywna niespodzianka to zachowanie ludzi na ulicy, czy w środkach komunikacji miejskiej. Praktycznie od wszystkich biła pozytywna energia, a jakakolwiek prośba czy zapytanie kończyło się szczegółową pomocą z uśmiechem na ustach. Nawet panowie pytający wieczorem o papierosy potrafili przeprosić, że zaczepiają mnie o tak późnej porze.

Obiekty

Większość zmagań odbywała się na obiektach już istniejących. Wyjątkiem był m.in. powstały od zera tor do wrotkarstwa. I co ciekawe była to jedyna arena, która nie przypadła mi do gustu. Tor położony jest, co naturalne, z daleka od zabudowań, pośrodku dość pustej przestrzeni.  Z pewnością za kilka lat, jeśli właściciel toru zdecyduje się posadzić kilka drzew lub zamontować więcej trybun, obiekt zyska sporo uroku. Organizatorzy mogli jednak pomyśleć o zagospodarowaniu obszaru w środku owalnego toru do jazdy szybkiej, który wprost ziała szarością betonu. W moim osobistym przekonaniu sporą różnicę zrobiłoby na przykład namalowanie tam dużego loga tegorocznych igrzysk, co chyba nie wymagałoby ogromnego nakładu pracy i finansów.

Z pozostałych obiektów największe wrażenie zrobił na mnie cały kompleks zlokalizowany w okolicy Hali Stulecia. Wszystkie odbywające się tam zawody miały niesamowity charakter i oprawę. Do tego piękne tory łucznicze na obiektach AWF-u oraz bulodrom przy ZACHWYCAJĄCEJ (polecam wszystkim spacer po tamtej okolicy!) Pergoli i fontannie multimedialnej. Przy sprzyjającej pogodzie warto było tam posiedzieć i to nie tylko dla wrażeń sportowych. Bardzo okazale prezentowały się też obiekty przy Hali Orbita. Sama hala wygląda może skromnie, ale jej ułożenie pozwalało w pełni rozkoszować się rywalizacją sportową. Wisienką na torcie jest natomiast zlokalizowany tuż obok nowoczesny kompleks otwartych basenów.

Jednym z najciekawszych obiektów była także ścianka do wspinaczki sportowej. Pomimo że praktycznie z każdej strony okalał ją szereg obdrapanych bloków, to samo usytuowanie tego obiektu na Placu Nowy Targ dało okazję praktycznie wszystkim mieszkańcom miasta śledzić zmagania w tej dyscyplinie sportu. Kolorowa ścianka, zwłaszcza ta do konkurencji prowadzenia, przy szarości bloków wyglądała niezwykle okazale, dzięki czemu rywalizację oglądało się jeszcze przyjemniej.

Organizacja

Przygotowanie i odpowiednie przeprowadzenie tak ogromnych zawodów wymagało od organizatorów nie lada wysiłku. Tysiące zawodników, oficjeli i kibiców, którzy zjechali do Wrocławia oczekiwało bowiem imprezy zorganizowanej na niezwykle wysokim poziomie. Na większości aren zadbano o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Dość powiedzieć, że po ulewnych deszczach wolontariusze osuszali krzesła dla kibiców, a w czasie upałów służby medyczne zadbały o to, by każdy miał pod ręką butelkę wody. To w zasadzie niewielkie gesty, ale pokazują one jak bardzo organizatorzy starali się pokazać z dobrej strony.

Narzekać nie mogli także przedstawiciele mediów, dla których przygotowano piękne i przestronne centrum, gdzie można było znaleźć praktycznie wszystko, co niezbędne do relacjonowania zmagań na wrocławskich arenach i z którego na każdy obiekt kursowały autokary. W wolnej chwili można było tam po prostu przyjść, usiąść i pogadać przy kawie z innymi dziennikarzami. Podobne, aczkolwiek mniejsze centra zlokalizowane były także na każdym z obiektów. Warty uwagi jest także fakt, że każdy z dziennikarzy otrzymał kilka gadżetów – powerbank, notes, długopis i kilka broszurek, które w wielu sytuacjach ratowały skórę.

Oczywiście jak przy każdej tego typu imprezie nie obyło się bez wpadek. W kilku sytuacjach ogrom pracy czy zmieniająca się sytuacja sprawiała, że nie wszystkie mechanizmy działały tak, jak należy. Trzeba jednak zaznaczyć, że venue managerowie starali się rozwiązać każdy problem i dostosować swoje plany i koncepcje do oczekiwań kibiców i zawodników. Warto podkreślić ogromną pracę, jaką sztab organizatorów wykonał po niedzielnej nawałnicy, która uszkodziła wiele aren. Najbardziej ucierpiał tor wrotkarski, na który spadł ogromny telebim. Dzięki zaangażowaniu organizatorów już na drugi dzień odbyły się tam zawody, które można było śledzić na nowym telebimie. Chyba jedyne, do czego można by się przyczepić, to ulokowanie miejsc do ceremonii medalowych na niektórych arenach. Na torze wrotkarskim całe podium znajdowało się za ogromnym namiotem dla obsługi technicznej i spikerów, przez co kibice zgromadzeni w poniedziałek na trybunach, wręczenie medali musieli oglądać na telebimie. Podobnie rzecz miała się podczas zmagań karate, gdzie podczas dekoracji Michała Bąbosa jedna z trybun oglądała… białą kartonową ściankę, która przesłaniała też widok na telebim.

Zdecydowanie najmocniejszym punktem całych zawodów byli wolonatriusze. Rozsiani po całym mieście, obecni na każdej arenie starali się pomóc w każdej sytuacji. Zawsze uśmiechnięci, pomocni i troszczący się o jak najlepsze warunki dla wszystkich śledzących zmagania sportowe. Byli wśród nich głównie Polacy, Ukraińcy, Rosjanie i Niemcy, choć nie zabrakło także wolontariuszy z tak odległych krajów jak Argentyna, Indie czy nawet Nowa Zelandia. Pomimo, iż czasami po 14 godzin pracowali dla własnej satysfakcji, to potrafili m.in. postawić na nogi połowę Hali Stulecia, aby znaleźć dla mnie ładowarkę do telefonu.

Sporty

Jadąc do Wrocławia miałem świadomość, że z całą pewnością nie będzie mi dane obejrzeć wszystkich 31. sportów. Oczywiście byłoby to możliwe, ale wymagałoby to zwinnego poruszania się po mieście i wpadania na większość aren tylko na krótką chwilę. Ostatecznie udało mi się obejrzeć rywalizację w trzynastu dyscyplinach, co uważam za wynik dobry, biorąc pod uwagę, że kilka z nich obejrzałem od początku do końca. Poniżej podsumowanie:

Bowling: Sport sam w sobie z racji niewielkiej dynamiki jest dość monotonny, przez co z pewnością nie zainteresuje szerokiego grona kibiców. Zresztą tak też się stało, bo na trybunach zmagania w kręglach śledziły  rodziny i znajomi zawodników, sami zawodnicy z trenerami i garstka mediów, które zapewne dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Na arenie bowlingowej zabrakło nieco emocji, które skutecznie wyciszyła też szklana przesłona pomiędzy zawodnikami i kibicami oraz niezbyt czytelne tablice wyników.

Kajak polo: To była z pewnością jedna z najciekawszych dyscyplin The World Games 2017. Choć początkowo trudno było mi wyobrazić sobie kajaki pływające w basenie, to już po pierwszym obejrzanym meczu przekonałem się do tego sportu. Dynamiczna rozgrywka, sporo bramek, a do tego fantastyczna atmosfera na trybunach, podgrzewana przede wszystkim przez wspaniałych kibiców z Niemiec i z Nowej Zelandii. Kto nie był na pływalni Hali Orbita ten z pewnością może żałować.

Karate: Pierwszy dzień mojej obecności na karate był niezwykle trudny, ze względu na niezbyt zrozumiałą dla mnie rywalizację w kata, czyli konkurencji polegającej na walce z niewidzialnym przeciwnikiem. Podczas kumite, czyli realnych walk było już znacznie lepiej. Zrozumieć i polubić karate pomogli mi siedzący na tej samej trybunie trenerzy, zawodnicy i fotografowie z polskiej ekipy, bez których z całą pewnością wypad do Kompleksu Sportowego GEM nie byłby tak udany.

Kickboxing: Dyscyplina, która przyniosła nam we Wrocławiu najwięcej medali, zdecydowanie mnie nie porwała, ale polskie sukcesy i liczna polska publiczność dopingująca naszych reprezentantów sprawiły, że te zmagania śledziłem z dość dużym zainteresowaniem. Tego sportu z pewnością nie umieszczę na liście moich ulubionych, ale możliwość wysłuchania i zaśpiewania razem z kibicami polskiego hymnu będzie niezapomnianym wspomnieniem.

Lacrosse: Na Stadionie Oławka byłem tylko raz. Pomimo, iż nasza kobieca reprezentacja radziła sobie dość słabo, a pogoda nie rozpieszczała, to same rozgrywki uważam za dość ciekawe. Miłym akcentem były podziękowania naszych reprezentantek dla kibiców oraz możliwość przybicia piątek z każdym członkiem naszej ekipy.

Łucznictwo: Zawody łucznicze początkowo nie były w moich planach, aczkolwiek po zaspaniu na autokar jadący na zmagania w ju-jitsu udałem się na obiekty wrocławskiego AWF-u. I tej decyzji zdecydowanie nie żałuję. Pomimo, iż łucznictwo nie jest może sportem niezwykle porywającym, to całość zmagań przyciągnęła moją uwagę. Do tego na wielki plus pozostają pięknie zlokalizowane i przygotowane do rywalizacji tory oraz pogoda, która tego dnia akurat dopisała.

Muaythai: Zdecydowanie najnudniejszy sport, jaki miałem okazję oglądać we Wrocławiu. W zasadzie rywalizacja podobna do tej w kicboxingu, ale zdecydowanie mniej dynamiczna. Tajski boks nie zachwycił niczym – walki nie były ciekawe, a doping kibiców praktycznie nie istniał. Ciekawe były jedynie rytuały w trakcie pojedynków. Przed każdą walką zawodnicy wykonywali  taniec i modlili się na ringu, a w trakcie starcia przygrywała im tajska orkiestra złożona z flecisty, cymbalisty i dwóch bębniarzy. Niestety to, co początkowo wydawało się mocną stroną, ostatecznie przelało czarę goryczy. Rywalizacja niesamowicie się przedłużała, a monotonna muzyka sprawiła, że nie wytrzymałem tam dłużej niż godzinę.

Sporty bilardowe: Na tę rywalizację zajrzałem tylko na chwilę, podczas przechadzki po pięknej Pergoli. Sport z pewnością wyróżniał się swoją elegancją i stroną taktyczną. Było ciekawie, choć przyznam, że bez rewelacji.

Sporty taneczne: Chyba nigdzie indziej nie można było znaleźć tylu kibiców ubranych tak elegancko. W zasadzie zobowiązywała do tego sama formuła zawodów, a także miejsce ich rozgrywania – wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO Hala Stulecia. Dla mnie na tym obiekcie było wszystko, czego oczekuję śledząc zawody sportowe  – emocje związane z rywalizacją i świetna atmosfera na trybunach, zapełnionych praktycznie do ostatniego miejsca. Do tego dużo dobrej muzyki, wiele znanych osobistości nie tylko ze świata sportu, bardzo sympatyczni zawodnicy i złoty medal dla polskiej pary Anna Miadzielec/Jacek Tarczyło w rock’n’rollu akrobatycznym. Czego zabrakło? Jednego – klimatyzacji.

Sporty wrotkarskie: Kolejna z dyscyplin ciekawych, aczkolwiek nie do końca porywających. W wyścigach na torze zabrakło polskich sukcesów i pełnego obrazu rywalizacji, bowiem zawodników na żywo można było zobaczyć tylko w momencie przejazdu przed trybuną dla kibiców. Hokej na rolkach był w zasadzie ciekawy, ale moja niezbyt dobra ocena wynika po prostu z niechęci do tego sportu w tym popularniejszym wydaniu na łyżwach.

Sumo: Największe zaskoczenie The World Games 2017. Na Halę Orbita przyszedłem zły i zmęczony, bo problem stanowiło już samo znalezienie obiektu, ukrytego w gąszczu lasów i parków. Godzina spędzona na oglądaniu zmagań sumoków zdecydowanie te trudy wynagrodziła. Walki były niezwykle dynamiczne i ciekawe, a do tego cała oprawa zawodów sprawiła, że wyglądały one na wielkie święto sportu.

Wspinaczka sportowa: Jeden z najbardziej obleganych sportów rozgrywanych we Wrocławiu. Wspinaczkę lubiłem oglądać już wcześniej, a widząc ją na żywo, przekonałem się jeszcze bardziej. Same zawody (śledziłem wspinanie na czas i prowadzenie) były niezwykle interesujące, a wysiłki zawodników sprawiały, że chciało się kibicować absolutnie każdemu, bez względu na reprezentowane barwy. Można jedynie żałować, że medalu nie udało się wywalczyć naszemu mistrzowi świata we wspinaniu na czas, Marcinowi Dzieńskiemu.

Oczywiście żałuję, że nie udało mi się zobaczyć na żywo większej ilości dyscyplin. Szczególnie ciekawiły mnie zmagania w squashu i unihokeju, na które z różnych przyczyn nie udało się jednak dotrzeć. Sporo pozytywnych recenzji słyszałem także w odniesieniu do fistballa, korballa i sportów gimnastycznych. Myślę, że ciekawie mogły wyglądać też zmagania w bulach czy narciarstwie wodnym.

Podsumowując – prywatnie

The World Games były dla mnie debiutem w roli dziennikarza na tak dużych zawodach. Pomimo początkowego stresu i obawami przed tym, jak uda mi się odnaleźć w poważnym świecie mediów. Mimo, iż nie udało mi się zrealizować wszystkich założonych planów, a moje pierwsze próby rozmowy z zawodnikami wyglądały z pewnością dość pokracznie, to koniec końców jestem dumny, że udało mi się przeprowadzić ciekawe wywiady m.in z karateczką Dorotą Banaszczyk (KLIK) czy parą taneczną Justyna Możdżonek/Mateusz Brzozowski (TUTAJ) i udowodnić sobie, że potrafię „przeć” do przodu i spełniać swoje marzenia. Możliwość poznania zawodników z innej perspektywy niż z ekranu telewizora czy komputera była niezwykłym przeżyciem.

Mam nadzieję, że znajomości z wolontariuszami czy dziennikarzami m.in. z Węgier czy Ukrainy nie pozostaną tylko jednorazowym wspomnieniem i będzie jeszcze okazja, aby je odświeżyć przy okazji innych zawodów. Kontakty, przeżycia i doświadczenie – to zostanie na pewno na długo i zaprocentuje w przyszłości. Mogę jedynie żałować, że na The World Games byłem tylko przed dziewięć dni, bo z dnia na dzień miałem apetyt na jeszcze więcej i niezwykle trudno było mi się rozstać z urodziwym Wrocławiem.