Nie będzie szpadowych drużyn w Rio de Janeiro – Magda Piekarska z Buenos Aires

Miało być boskie Buenos, a wyszło jak zawsze. To znaczy, jak ostatnimi czasy, bo nie zawsze było tak marnie z tą moją szermierką. Zacznijmy jednak od początku. Podróż do Argentyny nie była tak trudna, jak zeszłoroczna. O dziwo, zniosłyśmy ją całkiem nieźle, a i oko zmrużyłam nawet kilkukrotnie. Fakt, że na kilkadziesiąt minut w sumie, ale lepsze to, niż nic.

Dla tych, którzy nie czytali poprzedniego felietonu, lub po prostu nie wiedzą – cała podróż do Argentyny trwa ok. 20 godzin, a sam lot z Frankfurtu do Buenos Aires około 14 godzin. Można się więc nieco zmęczyć. Na szczęście (przede wszystkim dla moich długich nóg) istnieją miejsca stworzone dla długonogich. Są to zazwyczaj siedzenia przy wyjściach ewakuacyjnych, lub specjalne miejsca rezerwowane często przez rodziców podróżujących z małymi dziećmi, z uwagi na możliwość zamontowania przed nimi małego łóżeczka. Zazwyczaj jest tak, że ktoś rezerwuje sobie takie miejsca przede mną, ale jeśli odprawiam się odpowiednio wcześnie, istnieje duża szansa na zaznanie tego „luksusu”. Tak było tym razem (w drogę powrotną również mi się udało), co niewątpliwie poprawiło komfort mojej podróży.

Na miejsce dotarliśmy w środę rano, co oznaczało prawie dwa dni do turnieju. Pierwszy z nich przeznaczyliśmy na odpoczynek i relaks. Pozwoliłyśmy więc sobie na zażycie kąpieli wodnej
i słonecznej, co niewątpliwie pomogło nieco „połamanemu” ciału dojść do siebie po podróży. Po krótkiej odnowie biologicznej pozostało nam przygotowanie sprzętu do kontroli broni, która odbywała się w czwartek. Te, które potrzebowały się jeszcze poruszać przed zawodami, zrobiły trening, pozostałe mogły skoncentrować się na sprawdzeniu sprzętu. Udało nam się również udać do popularnej wśród turystów portowej dzielnicy Argentyny zwanej La Boca. Kolorowe, blaszane budynki (conventillos), marnie opłacane pary tańczące tango w restauracjach wabiących klientów marnymi stekami w „speciall prices” i liczne sklepy z pamiątkami, to znak rozpoznawczy centralnej części tej dzielnicy z uliczką Caminito na czele. Wystarczy udać się jednak poza tę komercyjną część i od razu widać, że życie tamtejszych mieszkańców już takie kolorowe nie jest. Krótko, zwięźle i na temat – slumsy. Nie chciałabym się tam przechadzać po zmroku, a i za dnia te smutne obrazki oglądałyśmy zza okna taksówki. Nie było zresztą zbyt wiele czasu na dogłębne poznawanie wszystkich „uroków” tej dzielnicy, bo przed zawodami nigdy nie zwiedzamy długo. Więc jeśli pytacie mnie, czy widziałam to lub tamto, albo ile zwiedziłam, to wiedzcie, że zazwyczaj jest to niewielki procent. Nie jeździmy przecież na wycieczki, to zawodom podporządkowany jest cały plan wyjazdu.

A zawody rozpoczęły się już w piątek. Po długim i trudnym dniu zmagań miałyśmy mały sukces na koncie, a mianowicie pomyślne wygranie walk eliminacyjnych przez każdą z nas. Sukces, bowiem nie pamiętam już turnieju, w którym 100% z nas zakwalifikowało się do głównego dnia zmagań. Sukces również dlatego, że nie padłyśmy z wycieńczenia, lub odwodnienia organizmu. Piszę tu bez żadnej przesady. Temperatura na sali przekraczała 30 stopni, co niejednokrotnie skutkowało omdlewaniem zawodniczek. W mojej opinii jest to po prostu skandal. Wierzcie mi lub nie, ale walczenie w takiej temperaturze, ubranym od stóp do głów, jest naprawdę trudne. Oczywiście można powiedzieć, że wszyscy mają takie same warunki, ale już nie każdy reagował tak samo na te wysokie temperatury. Klimatyzację miały zastąpić wiatraki, ale niewielką ulgę to przynosiło. W turnieju głównym było już nieco lepiej, ale trzeba zauważyć, że było trochę chłodniej na zewnątrz, a i wiatraków było więcej. Dalej nie jest to jednak organizacja na miarę pucharu świata. Gorzej było już tylko w Rio de Janeiro, gdzie deszcz padający prosto na plansze (dziurawy dach) doprowadził do kilku kontuzji, w tym u polskiej zawodniczki.

Wracając jednak do Buenos. W turnieju głównym poradziłyśmy sobie następująco: Renia Knapik- Miazga w 1/32 pokonała Ukrainkę Olene Kryvytską, a w 1/16 zaledwie jednym trafieniem uległa Niemce Bricie Heidemann. Basia Rutz w 1/32 wygrała
z Włoszką Albertą Santuccio, ale w 1/16 przegrała z Brazylijką (byłą Włoszką) Nathallie Moelhausen. Ola Zamachowska w 1/32 nie sprostała Estonce Erinie Embrich (trzecia zawodniczka turnieju), a ja w tej samej fazie przegrałam z Rosjanką Violetta Kolobovą, która później stanęła na najwyższym stopniu podium. Myślę sobie teraz na chłodno, że ta zawodniczka jest mi winna przysługę, albo procent od nagród, bo na mistrzostwach Europy też z nią przegrałam (po wyrównanej walce) i została później najlepszą zawodniczką Starego Kontynentu (śmiech).

Jak widzicie, jak już przegrywam, to z najlepszymi. A teraz już całkiem na poważnie. Rosjanka była tego dnia wyraźnie lepsza i nie ma sensu dorabiać tu żadnej teorii. Pozostałą energię zmagazynowałam więc na turniej drużynowy, ale niestety po raz kolejny przegrałyśmy w 1/8 z dobrze dysponowaną drużyną Estonek (3. miejsce). Kolejne spotkania z Węgierkami i Szwedkami przegrałyśmy, a na koniec wygrałyśmy z drużyną z Hiszpanii.

Na tym turnieju kwalifikacje drużyn do igrzysk olimpijskich zostały zakończone. W Rio de Janeiro wystartują więc drużyny z Rumunii, Chin, Rosji, Estonii, Korei, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Francji. Polska drużyna pod wodzą nowego trenera nie dość, że kwalifikacji nie zdobyła, to jeszcze nieznacznie spadła w rankingu. Czy czekają nas zmiany i jakie one mogą być, pisałam Wam już w jakimś wcześniejszym tekście, więc nie będę się powtarzać. Jest mi przykro, choć tak naprawdę od dłużeszego czasu wiedziałyśmy, że drużyna nie ma szans. Niestety cztery razy w „8” przez niemal cztery sezony, to za mało, by myśleć o igrzyskach. Szkoda, bo jesteśmy zawodniczkami z potencjałem, osobami, które jeszcze dużo mogą w szermierce wywalczyć, ale niestety czegoś ciągle brakuje, piątego elementu, że się tak wyrażę. Przysłowiowej kropki nad „i” nam trzeba. W tym roku pozostaje nam przygotować się do głównej imprezy, czyli Mistrzostw Europy w Toruniu.

A dalej? Dalej wierze, że jeszcze pokażemy na co nas stać i zobaczycie nas w Tokio 2020 (o ile będzie tam rywalizacja drużynowa). Jeśli się uda, to może zobaczycie tam również szpadzistów, bo na Rio de Janeiro nie ma co liczyć. W ostatnim turnieju kwalifikacyjnym, szpadziści ulegli w 1/16 reprezentantom Stanów Zjednoczonych i tak jak my, o Rio mogą już tylko pomarzyć. W turnieju indywidualnym nasi panowie też nie zachwycili. W eliminacjach odpadli Krzysiek Mikołajczak (przegrana z Constantinem Boehmem z Niemiec), Filip Broniszewski (nie sprostał Niemcowi Joergowi Fiedlerowi) i Mateusz Nycz (przegrana ze Szwajcarem Michelem Niggelerem). Radek Zawrotniak i Karol Kostka awansowali do turnieju głównego,ale obaj solidarnie przegrali w 1/32. Ten pierwszy przegrał jednym trafieniem z Ukraińcem Hereyem Anatoliyem, ten drugi uległ Duńczykowi Frederikowi Van der Ostenowi.

Jak widzicie nie był to dla nas najlepszy weekend. Pozostają jeszcze indywidualne eliminacje do igrzysk, ale o tym innym razem. Tymczasem nie na długo zabawilismy w naszych domach. Już
w piątek jedziemy do Gliwic, żeby powalczyć w kolejnym pucharze Polski. W ten weekend trzymajcie jednak kciuki przede wszystkim za szablistki, które już jutro wyjeżdżają do Belgii, by wywalczyć kwalifikację olimpijską. Szablistki możecie wspierać wirtualnie, ale jeśli chcecie zobaczyć szermierkę na żywo, to w piątek i sobotę w Warszawie, w turnieju „O Szablę Wołodyjowskiego” powalczą szabliści. Zapraszam Was serdecznie do urysnowskiej Areny, a na sobotni finał wpadajcie do Auli Głównej Politechniki Warszawskiej.

Login

Welcome! Login in to your account

Remember me Lost your password?

Lost Password