Obawiam się, że z Brazylii z workiem medali nie wrócimy – wywiad z Prezesem PKOl Andrzejem Kraśnickim

Od Igrzysk Olimpijskich w Londynie minęło już sporo czasu. Zaraz po zakończeniu zmagań w stolicy Wielkiej Brytanii występ biało-czerwonych określano mianem klęski, a nawet kompromitacji. Dziś – już ponad miesiąc po Igrzyskach, ze spokojną głową inaczej podchodzimy do wydarzeń z londyńskich aren. Powoli zaczynamy zastanawiać się nad kolejnymi Igrzyskami Olimpijskimi, które w 2016 roku odbędą się w Rio de Janeiro. Wszyscy bowiem chcemy z Brazylii przywieźć tylko piękne i wzruszające chwile. Pragnie tego także Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Pan Andrzej Kraśnicki, który zgodził się udzielić wywiadu specjalnie dla naszego portalu.

Igrzyska24: To pytanie w ciągu ostatniego miesiąca słyszał Pan zapewne kilkadziesiąt razy, jednak muszę je zadać. Jak ocenia Pan start polskich sportowców podczas Igrzysk Olimpijskich?

Andrzej Kraśnicki: Dziesięć zdobytych w Londynie przez biało-czerwonych medali to na pewno wynik, który pełnej satysfakcji nie daje. I to nie tylko mnie, ale przecież chyba każdemu polskiemu kibicowi, a nawet tym, którzy na co dzień sportem się nie interesują, ale igrzyska budzą u nich coś w rodzaju identyfikowania się z naszymi zawodnikami i z innymi rodakami. Jeśli z czegokolwiek możemy się cieszyć, to z tego że w Londynie nie było medali mniej niż cztery czy osiem lat wcześniej w Atenach i Pekinie.

Igrzyska24: Skończyło się na 10 medalach, a przecież oczekiwania i przede wszystkim możliwości były dużo większe. Co więc Pana zdaniem poszło nie tak, jak powinno?

Andrzej Kraśnicki: Ocenialiśmy przed igrzyskami, że potencjalnych szans na medalowe pozycje mamy ok. 20-25 i że średnio ok. połowy z nich się realizuje w olimpijskiej praktyce. Jeśli więc polscy sportowcy zdobyli 10 medali, to z tą statystyką wszystko byłoby nawet w porządku. Byłoby pewnie lepiej, gdyby nie kilka startów, w których nasi sportowcy byli blisko zdobycia takiego trofeum. Slalom kajakowy Mateusza Polaczyka, wyścig czwórki kajakarek, drugi (już po wywalczonym srebrnym medalu) start Sylwii Bogackiej w strzelectwie czy występ Radosława Kawęckiego w pływackim wyścigu na 200 m st. grzbietowym – to były czwarte lokaty. Jeśliby którakolwiek zamieniła się w medal – nasz bilans byłby już lepszy. Tymczasem pozostała owa „zaklęta” dziesiątka, która – choć na pewno nie satysfakcjonuje – chyba oddaje jednak naszą obecną pozycję w sporcie światowym. W klasyfikacji medalowej dało nam to miejsce 30-31. Dalekie, na pewno zbyt dalekie jak na nasze aspiracje i oczekiwania.

Igrzyska24: Największe rozczarowanie tych Igrzysk to dla Pana…

Andrzej Kraśnicki: Jestem w trudnej sytuacji, bo nie chciałbym na kogokolwiek wskazywać imiennie, a to dlatego, że nie wierzę by ktokolwiek z tych zawodników, którzy do Londynu polecieli (a przecież byli to najlepsi jakich w kraju mieliśmy), nie chciał osiągnąć tam jak najlepszego wyniku. Niektórzy z nich jednak na starcie poczuli się chyba zbyt pewnie, licząc, że dobry rezultat otrzymają podany na tacy. To dobre, ale nie na igrzyskach, do których rywale też przez co najmniej cztery lata się przygotowują i to na nie właśnie budują szczyt formy. Niestety, u nas z tym nie było najlepiej. Siatkarze na przykład zgubili gdzieś formę z finału Ligi Światowej, Agnieszka Radwańska z kolei – z turnieju wimbledońskiego; pogubił się (przede wszystkim pod względem psychicznym) Marcin Dołęga, dalecy od szczytu formy, bądź nie do końca wyleczeni byli w większości nasi lekkoatleci, a i wielu zawodnikom kajakarstwa czy wioślarstwa sporo brakowało…

Igrzyska24: Tym, którzy śledzili Igrzyska w Londynie rzucił się w oczy jeden szczegół: polscy sportowcy nie mają mentalności zwycięzcy i w najważniejszym momencie spalają się psychicznie. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

Andrzej Kraśnicki: Słaba odporność psychiczna u najlepszych naszych zawodników, pretendujących do wysokich lokat w sporcie światowym to dla mnie rzecz niepojęta. Nie wyobrażam sobie sportowca aspirującego do medalowych pozycji na igrzyskach czy mistrzostwach świata, który jest pod względem psychicznym kruchy, mało odporny na stres startowy, który przegrywa sam z sobą, z własną głową. Większość ma przecież wsparcie psychologiczne, fachowców z tej dziedziny nie zabrakło i tym razem w polskiej ekipie. Od kilku lat realizowany był projekt SIOKO („Silna i Odporna Kadra Olimpijska”), ale wielu naszych zawodników w Londynie nie było ani silnymi, ani odpornymi. A z drugiej strony – proszę spytać np. Irenę Szewińską jak ona i jej koleżanki ze złotej ery naszego sportu radziły sobie ze stresem i emocjami. Odpowie – nie miałyśmy żadnego wsparcia z tej dziedziny, psychologami byłyśmy same dla siebie. I sukcesy były. Powie ktoś, że to „inny świat”, ale – czy na pewno?

Igrzyska24: Po Igrzyskach pojawiło się wiele głosów twierdzących, że naszymi związkami sportowymi zarządzają osoby, które pomimo swoich utartych i nieskutecznych metod prowadzenia związków przez kilka kadencji sprawują urząd. Czy nie wydaje się Panu, że polski sport potrzebuje odmłodzenia i świeżej, nowoczesnej wizji?

Andrzej Kraśnicki: Z takimi ocenami byłbym bardzo ostrożny i to wcale nie dlatego, że sam kieruję takim związkiem (Związek Piłki Ręcznej w Polsce). Być może zdarza się czasem, że niektórzy szefowie takich organizacji po latach sterowania dyscypliną wpadają w pewną rutynę, ale zapewniam, że jeśli tak jest to są to przypadki jednostkowe i tematu absolutnie nie można uogólniać. Jeśli ktoś dobrze kieruje związkiem, a dyscyplina odnosi pod jego rządami ewidentne sukcesy, to co, trzeba go zmienić – tylko dlatego, że jego czas minął? Podam jeden tylko przykład – nieżyjący już Janusz Przedpełski polskimi ciężarami kierował przeszło pół wieku (!), a w tym czasie ta dyscyplina sięgnęła po blisko 30 medali olimpijskich i dziesiątki krążków mistrzostw świata i Europy. Więcej – polska sztanga liczyła się jako gospodarz największych imprez ciężarowych i za ich organizację zbierała zewsząd pochwały. Naszym działaczom zaś, podobnie jak trenerom, sędziom, lekarzom, a nawet… spikerom zawodów utorowało to drogę do zasiadania w fachowych gremiach federacji europejskiej i światowej. I tu dochodzimy do sedna sprawy – jeśli chcemy by jakikolwiek przedstawiciel polskiego sportu dostał się do władz międzynarodowych danej dyscypliny i coś w nich znaczył – musi dać się w niej poznać – zwykle trwa to lat… kilkanaście. Problem w tym, że niektórzy szefowie związków mogą tego nie doczekać, a wypracowane przez siebie pozycje bezpowrotnie stracić, bo – zgodnie z zapisami Ustawy o sporcie z r. 2010 – kierownicze funkcje w krajowym sporcie mogą pełnić tylko przez dwie kadencje, czyli – najwyżej lat osiem. Często to zdecydowanie za mało by przebić się na forum międzynarodowe, choć oczywiście zdarzają się wyjątki. Jednak znikoma obecność naszych rodaków w zarządach międzynarodowych organizacji sportowych jest faktem. A odświeżenie władz związków sportowych, zasilenie ich ludźmi młodymi? Oczywiście, że tak, „świeża krew” jest potrzebna. Tylko, że wielu na nią się składających wcześnie rezygnuje, gdy okazuje się, że to… praca społeczna, wykonywana kosztem własnego czasu wolnego, a czasem wymagająca wręcz zaangażowania własnych pieniędzy by związek mógł normalnie pracować. Profity? Głównie to zmaganie się z problemami, ale jak się coś kocha…. Ta niezbyt ciekawa perspektywa wielu już zniechęciła – zwłaszcza tych, którzy tak bardzo rwali się do sprawowania w związkach władzy…

Igrzyska24: Chyba zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że mamy wielu wybitnych sportowców, którzy już kilka/kilkanaście lat temu zakończyli kariery. Dlaczego więc nasze sportowe perły tylko w nielicznych przypadkach decydują się na pracę z uzdolnioną młodzieżą?

Andrzej Kraśnicki: Przeszkodą numer jeden jest status trenera w naszym kraju, a dokładniej – jego brak. Kim bowiem jest szkoleniowiec? Nauczycielem – tak, ale „Karta nauczyciela” go nie dotyczy. W klubach sportowych, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach ale nie tylko, panuje ogólna bieda, więc o pełnozatrudnieniu tam raczej mowy nie ma. To dlatego zawiera się z trenerami umowy – zlecenia, zwykle na krótkie, kilkumiesięczne terminy, oferując symboliczne wręcz zarobki. Ktoś komu zaproponuje się 1.000 złotych niemal podskakuje ze szczęścia, ale jakże często miesięczne stawki są o połowę niższe lub jeszcze mniejsze. To już prawdziwy dramat. Trenerzy wykształceni i doświadczeni pracują więc gdzie indziej, często poza sportem a jeśli już działalność szkoleniową prowadzą to „po godzinach”, jako swoiste hobby. To zajęcie dla prawdziwych fanatyków i ludzi autentycznie oddanych sportowi i młodzieży. „Nowych”, młodych trenerów na taką niemal filantropię namówić bardzo trudno. Tylko czy w takich warunkach jak opisane można wychować przyszłych mistrzów i kto ma to robić?

Igrzyska24: Tuż po zakończeniu olimpijskich zmagań głośno było o reformie sportu w Polsce. Na czym te zmiany miałyby polegać? Co zrobić, aby wyrwać się z tej niemocy i już z Rio de Janeiro przywieźć wyczekiwany od lat worek medali?

Andrzej Kraśnicki: Obawiam się, że z Brazylii z workiem medali nie wrócimy. Po pierwsze – po Londynie spore grono zawodników, na których opierała się reprezentacja postanowiło zakończyć karierę – przynajmniej to sygnalizują. Należą im się podziękowania za w większości godne wieloletnie reprezentowanie Polski na największych imprezach międzynarodowych. Ale – potrzeba, i to pilnie ich następców. Przygotowania do igrzysk w Rio de Janeiro powinny trwać już, jeśli nie do dwóch lat to przynajmniej od roku. Okazuje się bowiem, że cykl 4-letni to zbyt krótki okres by wychować olimpijczyka mogącego walczyć o wysokie pozycje.
Po drugie – dokładna analiza startów w Londynie powinna pokazać miejsca, które nie „zagrały” jak trzeba. Trzeba m.in. ocenić dogłębnie funkcjonowanie projektu pod nazwą „Klub Londyn 2012” i rozważyć czy będzie kontynuowany jako „Klub Rio 2016” – w takiej czy może w zmodyfikowanej formie. Sprawa trzecia – finansowanie przygotowań. Kilka związków, chcąc uniknąć finansowej niepewności co do poziomu środków z resortu, z jaką zmagają się zwykle przez kilka pierwszych miesięcy każdego roku, postuluje 4-letnie finansowanie „zadaniowe”, a owym zadaniem i celem miałby być start olimpijski właśnie i z niego federacja byłaby rozliczana. A sprawa czwarta to – cały system naszego sportu, ustawienie go od podstaw – sportu szkolnego (a nawet przedszkolnego) i akademickiego po reprezentacyjne wyżyny, kształcenie i doskonalenie kadr trenerskich (w tym poważne zmiany w działaniu uczelni wf), szersza i bardziej efektywna współpraca sportu ze światem nauki, zbudowanie wokół sportu i igrzysk olimpijskich atmosfery ogólnonarodowego jeśli nie poparcia to choćby zrozumienia – wytworzenie sytuacji, w której nie będzie to tylko odbywająca się co cztery lata „zabawa” ludzi sportu ale temat ważny dla każdego rodaka. Wiele więc pracy przed nami wszystkimi, przed mediami także.

Igrzyska24: Kilka dni temu rozpoczęły się Igrzyska Paraolimpijskie. Czy z taką samą uwagą jak zmagania sportowców zdrowych, śledzi Pan rywalizację sportowców niepełnosprawnych? Z Igrzysk Paraolimpijskich nasi sportowcy przywożą masę medali. Czy Polski Komitet Olimpijski nie zazdrości trochę kolegom z Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego takich sukcesów?

Andrzej Kraśnicki: Absolutnie nie zgadzam się na czynienie jakichkolwiek porównań. Igrzyska olimpijskie to jedno, a Paraolimpiada to impreza zupełnie inna, mająca także, jak sam sport tej grupy ludzi odmienne cele – jest bowiem także jednym z istotnych elementów rekonwalescencji i rehabilitacji osób niepełnosprawnych, ich dochodzenia do pełni zdrowia. Polska rodzina olimpijska jest w całości pełna podziwu dla wszystkich naszych paraolimpijczyków i mocno ściska za nich kciuki nie tylko na okres londyńskiej imprezy. O jakiejkolwiek zazdrości nie może być w ogóle mowy. Niech zdobywają jak najwięcej medali, niech każdy start przynosi uczestnikom wiele radości i satysfakcji ze zwycięskiej walki z rywalami i samym sobą. Proszę, nie porównujmy jednak liczby medali zdobywanych na jednej i drugiej imprezie – to zupełnie inne sprawy. Na przykład w niejednej konkurencji na Paraolimpiadzie jest do zdobycia (w zależności od rodzaju i stopnia niepełnosprawności) cztery a nawet pięć kompletów medali, a na igrzyskach olimpijskich – już tylko jeden. Ale – to oczywiście tak na marginesie tego tematu.

Igrzyska24: Przed nami Zimowe Igrzyska w Soczi i Igrzyska Młodzieży w Nankinie. Obie te imprezy w 2014 roku. Czy PKOl rozpoczął już przygotowania do tych zawodów?

Andrzej Kraśnicki: To, za co w przypadku obu tych imprez odpowiada Polski Komitet Olimpijski jest (Soczi) lub w najbliższym czasie będzie (Nankin) wdrażane. Mieliśmy już jedną, „rozpoznawczą” wizytę w mieście zimowych igrzysk 2014; u nas gościł z kolei dyrektor generalny uruchamianego tam Międzynarodowego Uniwersytetu Olimpijskiego prof. Lew Biełousow; mamy także stały kontakt z komitetem organizacyjnym igrzysk. Otrzymujemy od niego na bieżąco wszelkie informacje dotyczące przygotowań i związane z logistycznym zabezpieczeniem tej imprezy. Niebawem zapewne czeka nas kolejna wizyta w Soczi. W listopadzie planowany jest tam międzynarodowy briefing prasowy, bo procedura akredytacji dziennikarzy już ruszyła.
Jeśli chodzi o II. Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie, to ich chińscy gospodarze dotąd jeszcze nie byli zbyt aktywni, ale sądzę że na początku przyszłego roku otrzymamy od nich już cały pakiet materiałów dotyczących tej właśnie imprezy. Zrobimy wszystko, aby i do tego przedsięwzięcia w zakresie objętym zadaniami PKOl (zgłoszenia sportowe, akredytacje, logistyka, wyposażenie ekipy) przygotować się jak najlepiej.

Rozmawiał Mateusz Górecki