Protesty i nieporozumienia – co złego dzieje się w polskim łucznictwie?

Przed tygodniem, w sobotę pracę z kadrą polskich łuczników rozpoczął nowy trener, 45-letni Koreańczyk Sungho Choi. Nowy szkoleniowiec został przez środowisko łucznicze  „przywitany” protestem, skierowanym w stronę działań Polskiego Związku Łuczniczego. O co całe zamieszanie? Chodzi o decyzję działu szkolenia wymuszającą skrócenie czasu strzelania z 240 sek na 150 do 2020 roku.

Cofnijmy  się jednak w czasie o kilkanaście dni. Nieco ponad 2 tygodnie  temu w Legnicy rozegrane zostały zawody łuczniczego z cyklu Pucharu Europy. Wydawałoby się, że w tak prestiżowym turnieju, rozgrywanym dodatkowo na własnym podwórku, należałoby wystawić jak najliczniejszą reprezentację.

Faktycznie, początkowo do startu w Legnicy desygnowana została kadra klasyków, w której znalazło się miejsce dla trzech zawodniczek i takiej samej ilości zawodników. Pomijając już fakt, że Polski Związek Łuczniczy zdecydował się wykorzystać tylko połowę z przysługujących organizatorowi miejsc (po 6 w każdej kategorii), do kadry powołani zostali juniorzy, którzy mieli rywalizować z często dużo starszymi od siebie zawodnikami. Ostatecznie jednak w reprezentacji narodowej nie wystartował żaden z zawodników strzelających z łuku klasycznego. Dlaczego? Jak poinformował nas organizator Pucharu Europy, powodem wycofania polskich drużyn ze startu w Legnicy były względy organizacyjne. Nasuwa się zatem pytanie, jakie to są względy skoro zawodnicy i ich trenerzy proponowali pokrycie kosztów pobytu z własnych środków. Tego niestety nie wiemy, gdyż Polski Związek Łuczniczy jak do tej pory nie wyjaśnił nam tej sytuacji. Wiemy jednak, że takie działanie jest bardzo demotywujące dla zawodników i z całą pewnością nie służy rozwojowi dyscypliny

Szczęśliwie dla naszych reprezentantów w Pucharze Europy można startować z ramienia klubu. Dzięki takiemu rozwiązaniu na starcie pojawiło się spore grono zawodników z Polski na czele z Kariną Lipiarską-Pałką, Sławomirem Napłoszkiem, Pawłem Marcem, Kacprem Sierakowskim czy Maciejem Fałdzińskim. Dodajmy, że ostatnia dwójka uplasowała się na podium zawodów indywidualnych – Fałdziński wygrał, a Sierakowski zajął trzecie miejsce. Polacy zostali jednak pozbawieni szans na walkę o medale w konkurencjach drużynowych i mikstach, co spotkało się ze zdziwieniem innych reprezentacji narodowych, które przyjechały do Legnicy. Jest to tym bardziej przykre, że wynik drużyny po kwalifikacjach, składającej się z trzech proponowanych osób (Napłoszek, Sierakowski, Marzec) dawał 2 miejsce.

Tego typu problemy na linii PZŁucz-kadra łuczników pojawiały się jednak już znacznie wcześniej. Kłopoty  zaczęły się już w marcu, kiedy w składzie na Halowe Mistrzostwa Europy zabrakło seniorów strzelających w łuku klasycznego. Pojawiły się oczywiście głosy, że o fakcie nie wystawienia męskiej reprezentacji we francuskim Vittel zadecydowały względy finansowe oraz fakt, że to drużyna kobiet prezentuje bardziej stabilną formę, dającą nadzieję na walkę o medale. Tego typu opinie nie powinny mieć jednak znaczenia, gdyż jak udało nam się dowiedzieć, zawodnicy zaproponowali sfinansowanie wyjazdu z własnych środków, jednak ta propozycja nie została zaakceptowana. Z tego samego powodu naszych łuczników zabraknie na zbliżających się zawodach Pucharu Świata w Szanghaju.

Powracając do tematu rzekomo słabego poziomu naszych klasyków warto zaznaczyć, że od 2014 roku wyniki panów systematycznie idą w górę. Już w 2015 męska reprezentacja wygrała turniej kwalifikacyjny w Maratonie do I Igrzysk Europejskich w Baku pokonując ówczesnych mistrzów olimpijskich, czyli reprezentację Włoch. Igrzyska Europejskie dały polskiej reprezentacji 4. miejsca wywalczone przez Sławomira Napłoszka, podczas gdy kobiety odpadły w pierwszych rundach. Również 2015 roku w prestiżowej konkurencji WA1440 Paweł Marzec uzyskał niepobity od ponad 20 lat rekord Polski 1345 pkt.W 2016 roku pierwszy raz w historii dwóch Polaków strzeliło wynik powyżej 670 punktów w olimpijskiej konkurencji 2X70 m – Kacper Sierakowski rezultatem 676 pkt pobił rekord Polski, a wspomniany już Napłoszek wyrównał dotychczasowy, uzyskując 672 pkt. Wynik lepszy od rekordu Polski Napłoszek uzyskał także w halowej konkurencji 2×18 m (590/600 pkt). Rezultat ten nie został jednak oficjalnie uznany gdyż zawody nie były wpisane do kalendarza Polskiego Związku Łuczniczego. Nieuznany został także pobity w 2016 roku rekord mistrzostw Polski, choć tu argumentacja była zgoła inna. Rekordu nie wpisano, ze względu na fakt, iż Komisja Sportowa PZŁucz nie prowadzi spisu takich rekordów. Oczywiście rekordy mistrzostw Polski były do tej pory odnotowywane, a obowiązek ich spisywania znajduje się w regulaminie komisji.

Można zatem zapytać skąd bierze się taka niechęć wobec męskiej reprezentacji, która w przeciwieństwie do drużyny kobiet praktycznie większość ważnych zawodów musi oglądać w domu. Tego typu sytuacje mogą wiązać się z faktem, iż podczas Walnego Zgromadzenia Delegatów, były trener kadry łuczniczek, Pan Jan Lach zgłosił wniosek o preferencje szkolenia  kadry kobiet. Pomimo, że został on przez delegatów odrzucony, to widząc stan polskiego łucznictwa, można dojść do wniosku, że działania prowadzące do wyeliminowania kadry mężczyzn są prowadzone dość skrupulatnie. Potwierdza to fakt, że na zgrupowanie kadry narodowej do Korei pojechała grupa 7 łuczniczek i tylko jeden łucznik – syn byłego Kierownika Wyszkolenia oraz trenera kadry.

Szansy wyjazdu na zgrupowanie w Korei, nawet za własne pieniądze, nie mieli inni zawodnicy kadry. Nasze wątpliwości budzą także  pojawiające się już od kilku lat głosy o faworyzowaniu pewnego grona łuczników przez włodarzy związku, przy czym aspekty pozasportowe odgrywają tu kluczową rolę. Wydaje się dziwne, że na zgrupowanie kadry w Korei powołania nie otrzymały m.in. olimpijka z Rio, Karina Lipiarska-Pałka, czy bardzo zdolna juniorka Kamila Napłoszek i to pomimo, że to właśnie ta dwójka w minionym roku uzyskała najwyższe w Polsce wyniki w olimpijskiej konkurencji 2×70 660pkt. W zamian do Korei pojechała zawodniczka, której początkowo nie było w kadrze. Dzięki temu z regulaminowych 15 zawodniczek w kadrze jest obecnie 16.

Dodatkowo dział szkolenia skrócił, wbrew przepisom międzynarodowym, czas strzelania z 240 sekund na 150 sekund na serię 6 strzałów na krajowych zawodach z wyłączeniem jedynie Mistrzostw Polski. W związku z tym podczas zawodów w Prudniku zawodnicy uzyskali jedne z najniższych wyników na otwarcie sezonu w ostatnich latach. Z relacji zawodników wynika, że skrócony czas powodowało bezmyślne strzelanie strzała za strzałą, bez możliwości sprawdzenia trafień oraz skorygowania celownika lub przeczekania silnych podmuchów wiatru. Z tego powodu protestowano także podczas weekendowego Pucharu Polski Juniorów Młodszych w Prudniku.

Nieprawidłowości w Polskim Związku Łuczniczym znalazły się już także pod lupą Ministerstwa Sportu. Ministerstwo już dwukrotnie odrzucił przedstawiany przez związek regulamin kwalifikacji do zawodów międzynarodowych, który mimo to został opublikowany na oficjalnej stronie związku. Obecny minister sportu, Pan Witold Bańka podtrzymał także decyzję, że konwencje Okręgowych Związków Łuczniczych na których wybierano delegatów na walne zgromadzenie  zostały przeprowadzone z naruszeniem prawa, co w praktyce oznacza, że zarząd związku nie powinien istnieć.

Wszelkie niejasności próbowaliśmy rozwiązać kontaktując się z Polskim Związkiem Łuczniczym. Niestety jak do tej pory nie uzyskaliśmy odpowiedzi na nasze pytania.