Short track – Puchar Świata: Czas pomyłek za nami. Rozpoczynamy PŚ w Dordrechcie!

Budapeszt zostawiamy już powoli w przeszłości. Zawody Pucharu Świata w short tracku przenoszą się dziś do holenderskiego Dordrechtu. To nowy rozdział i – miejmy nadzieje – dużo lepsza jazda w wykonaniu biało-czerwonych.

Obraz po Budapeszcie

Wszyscy zgadzają się co do tego, że starty w Budapeszcie trzeba jak najszybciej zapomnieć. Pierwsze przetarcie w tegorocznym Pucharze Świata nie wypadło dobrze. Ba! W stolicy Węgier było bardzo słabo. Nie pociesza nawet to, że swoje problemy mieli też inni – na całej linii zawiodła chińska ekipa, Elise Christie wyjeździła „tylko” jeden brąz, a Suzanne Schulting na 1500 i 500 metrów odpadła w kwalifikacjach.

Dzięki tego typu nieoczekiwanym zdarzeniom, w rankingu olimpijskim nie wyglądamy w tym momencie jednak najgorzej. Mamy bowiem rzutem na taśmę dwa miejsca u mężczyzn i dwa u kobiet na 500 metrów. Nie ulega jednak wątpliwości, że po kolejnych startach wszystko się przetasuje, bo na ów ranking wpływ będzie miał choćby powrót chińskiej sztafety do światowego TOP8, co niewątpliwie nastąpi.

Szukamy przyczyn

Na pewno jedną z przyczyn, które mogły wpłynąć na taki, a nie inny obraz zawodów może być lód, który w Budapeszcie był kruchy, a po kilku przejazdach, stawał się coraz to bardziej nieprzewidywalny dla kolejnej grupy. Na Węgrzech nie było chyba zawodnika, który będąc w mixed zonie nie zwróciłby uwagi na ten problem. „Lód na zawodach był znacznie słabszy, niż na treningach. Potknięcia niestety się zdarzały, ciężko było jeździć dobrze technicznie” – skomentował stan nawierzchni reprezentant Polski – Rafał Anikiej.

Stan lodu nie mógł być jednak jedyną przyczyną słabszej jazdy Polaków. Tu już jednak każdy zawodnik indywidualnie wie, gdzie leżała przyczyna porażki. Dla samego Rafała Anikieja utrudnienie podczas startu stanowiła choroba. „Dwa tygodnie przed Pucharem Świata zachorowałem i nie trenowałem przez cały tydzień” – przyznaje. Gorączka i ogólne osłabienie organizmu mogły przyczynić się do słabszej postawy. Mimo to nie wyeliminowały sporych ambicji u młodego łyżwiarza. „Każdy dystans traktuje poważnie i zawsze jadę najlepiej jak potrafię” – odpowiada na pytanie o to, czy 1500 metrów nie było w jego przypadku tylko rozgrzewką przed „pięćsetką”, na której czuje się zwykle znacznie lepiej.

Większość kadry za jedną z przyczyn porażki podaje stres. Ten przyczynił się do niepowodzenia nawet u jednej z najbardziej doświadczonych w naszej kadrze łyżwiarek – Patrycji Maliszewskiej. W rozmowie ze mną, tuż po swoim starcie, zawodniczka przyznała, że „Przed pierwszym biegiem na 500 metrów wkradł się stres. Najważniejsze, że od razu po zejściu z biegu czułam w sobie sportową złość. Musiałam dać obie chwilkę, później przeanalizować ten start i już wszystko wiem. Myślę, że czym więcej będę miała możliwości, żeby startować – czy to indywidualnie, czy w sztafecie – tym lepiej będzie mi to wychodziło”.

„W połowie dystansu zwolniłam, ponieważ czułam się, jakby ktoś mi nagle odciął prąd, a wynikało to tylko z tego że nie jechałam swoją jazdą. Byłam spięta, przez co miałam zupełnie inne ruchy niż zawsze” – dodała Patrycja Markiewicz, mówiąc w ten sposób o swoim przejeździe na 1000 metrów. O stresie przy starcie na tym dystansie mówił także Karol Nieścier, który wspomniał że „przez to, że się zestresowałem, nie pojechałem swojego biegu, tak jak powinienem”.

Oprócz stresu, biało-czerwoni mogli narzekać także na… pecha, który prześladował ich przez całe trzy dni zawodów. Rozczarowania z tego powodu tuż po zakończeniu swojego udziału w zawodach nie kryła Magdalena Warakomska, która od razu po zakończeniu biegu na 1000 metrów skomentowała: „Trochę mi zabrakło szczęścia na tych zawodach. Pech na 1500 i 500 metrów. Na 1000 metrów miałam trudny bieg, myślałam że zupełnie inaczej się bieg ułoży. Jechałam prawie cały dystans sama na prowadzeniu. Byłam pewna, że wcześniej któraś z zawodniczek mnie wyprzedzi. Plan był taki, żeby złapać się liderki i dojechać za nią. Tymczasem to one trzymały się mnie i z tego powodu było mi już ciężko na koniec”.

Większe powody do narzekania na układ losowy mieli chyba jednak Natalia Maliszewska i Bartosz Konopko. Gdyby nie upadki (ich lub… zawodników jadących przed nimi), niemal na pewno awansowaliby do kolejnej rundy. Oni jednak nie odnosili się do tego typu zdarzeń. Konopko źródła niepowodzenia szuka bardziej w technice swojej jazdy, którą – jak uważa – można jeszcze poprawić. „Ciężko mi ułożyć się podczas szybszej jazdy, co wcześniej nie sprawiało mi problemu. Jeżeli przy takich trudnościach udaje mi się kwalifikować do 1/4 finału, to uważam start za udany. O samym ćwierćfinale mogę powiedzieć tylko, że takie rzeczy się zdarzają i na to już nie mam wpływu. Tym bardziej nie ma co płakać” – dodaje.

Czas być bezbłędnym

Przed nami drugi Puchar Świata. W Dordrechcie nie mogą przydarzyć nam się już błędy. Przypomnijmy, że do rankingu olimpijskiego wliczają się trzy najlepsze, spośród czterech startów. Ten najsłabszy jest już, miejmy nadzieję, za nami.

Furtka do popełniania błędów jest zatem zamknięta. Liczymy na to, że w Holandii Polacy pokażą to, czego oczekiwaliśmy już od samego początku. Przede wszystkim z lepszej strony nasi łyżwiarze muszą pokazać się na 500 metrów, gdzie cztery kwalifikacje do ćwierćfinałów byłyby dobrym rezultatem. Ponadto przydało by się wprowadzić ponad kwalifikację przynajmniej jednego zawodnika na którymś z dłuższych dystansów oraz awansować kobiecą sztafetą do półfinału.

Czy to realne? Patrząc optymistycznie – jak najbardziej. Ściskajmy zatem kciuki, aby kłopoty z Budapesztu już się nie powtórzyły i abyśmy w poniedziałek z czystym sumieniem mogli napisać, że ubiegły weekend był tylko błędem przy pracy.