Siatkówka: Siatkarki tkwią w miejscu. Czy do igrzysk coś się zmieni? [podsumowanie sezonu]


Reprezentacja Polski kobiet w siatkówce od kilku lat tkwi w miejscu. Choć trener Jacek Nawrocki prowadzi kadrę już trzeci rok, nasza drużyna wciąż jest w budowie i nie robi postępów. W minionym sezonie Biało-Czerwone triumfowały co prawda w rozgrywkach drugiej dywizji World Grand Prix, ale kluczowe imprezy – kwalifikacje do mistrzostw świata i mistrzostwa Europy – zostały przegrane. Na trzy lata przed igrzyskami w Tokio przyszłość tej drużyny wygląda nieciekawie.

fot. Inga Świetlicka/igrzyska24.pl

Sezon na minusie

W sezonie reprezentacyjnym kadra kobiet w siatkówce grała w trzech ważnych imprezach: kwalifikacjach do mistrzostw świata 2018, rozgrywkach II dywizji World Grand Prix i mistrzostwach Europy. W rozgrywanym w Polsce turnieju eliminacyjnym do przyszłorocznego mundialu Polki miały za zadanie zająć drugie miejsce, będące przepustką do kolejnej rundy kwalifikacji. By tego dokonać, trzeba było wygrać z niżej notowaną reprezentacją Czech. Wszystko szło dobrze, aż do pamiętnego tie-breaka, w którym Biało-Czerwone prowadziły 8:2, by w konsekwencji przegrać wygrany mecz i ostatecznie stracić szanse na awans do mistrzostw świata. Tym samym drugi raz z rzędu polskich siatkarek zabraknie na mundialu – imprezie będącej zarazem prekwalifikacją olimpijską.

Lepsze wrażenie nasza drużyna zrobiła w rozgrywkach World Grand Prix. Polki bez problemu zakwalifikowały się do turnieju finałowego II dywizji, pokonując znacznie słabsze zespoły. W półfinale z kwitkiem odprawiły Czeszki (te same, którym uległy w eliminacjach MŚ), a w finale odniosły wartościowe zwycięstwo nad drużyną z Korei Południowej. Obiektywnie rzecz biorąc 13. miejsce w łącznej klasyfikacji World Grand Prix zbyt wiele nam jednak nie dało. Jesteśmy w sytuacji, w której – by marzyć o możliwości występu na igrzyskach w Tokio za trzy lata – musimy ciułać punkty w rankingach, a w tym kontekście zdecydowanie ważniejszy był dla nas start w kwalifikacjach mistrzostw świata (za awans do 3. rundy kwalifikacji MŚ otrzymalibyśmy więcej punktów do rankingu niż za zwycięstwo w II dywizji WGP, które i tak w rankingu za dwa lata nie będzie się w ogóle liczyć).

W mistrzostwach Europy reprezentacja powtórzyła wynik sprzed dwóch lat – udało się awansować do barażu. Pozostał duży niedosyt, ponieważ ćwierćfinał turnieju (a może i strefa medalowa) był na wyciągnięcie ręki. Po zwycięstwach w meczach grupowych z Niemkami i Węgierkami, Biało-Czerwone miały dwie szanse awansu do ¼ finału. Obie zostały zmarnowane – najpierw Polki były bezradne w starciu z Azerbejdżanem, w którym w pojedynkę rozbiła nas Polina Rahimowa, a później – mimo prowadzenia w końcówkach setów – nasza drużyna nie sprostała słabo dysponowanej Turcji. Po raz kolejny uciekły ważne punkty rankingowe, które prawdopodobnie będą decydować o możliwości udziału w turniejach kwalifikacyjnych do igrzysk.

Polskie problemy

Bilans sezonu jest następujący: przegrane dwie kluczowe imprezy i wygrana w drugiej lidze World Grand Prix. Dlaczego zespół, z którym trener Jacek Nawrocki pracuje już trzy lata (a w przyszłym sezonie przepracuje cały czteroletni cykl olimpijski), nie robi postępów? I co gorsza, nie ma podstaw, by sądzić, że ta sytuacja przed igrzyskami w Tokio ulegnie zmianie?

Jedną z przyczyn obecnego stanu rzeczy jest zupełny brak presji i wymagań wobec kobiecej reprezentacji. Od dawna słyszymy, że mamy kadrę młodą i niedoświadczoną, po której nie możemy wiele się spodziewać. Mamy uzbroić się w cierpliwość i czekać, nie wiadomo na co. To takie puste gadanie, które z jednej strony jest dobrą wymówką na wszystko, a z drugiej jest całkowicie bezpodstawne. Gdy spojrzymy na wyjściową szóstkę reprezentacji, która grała w nieudanych kwalifikacjach do mistrzostw świata, aż chciałoby się zapytać: gdzie ta młodość i brak doświadczenia? Berenika Tomsia – 29 lat, debiut w kadrze w 2003 roku; Joanna Wołosz – 27 lat, debiut w kadrze w 2010; Zuzanna Efimienko – 28 lat, debiut w kadrze w 2010; Agata Witkowska – 28 lat; debiut w kadrze w 2014, Agnieszka Kąkolewska – 23 lata, debiut w kadrze w 2012, Malwina Smarzek – 21 lat, debiut w kadrze w 2014. Na ławce inne perspektywiczne siatkarki pokroju Gabrieli Polańskiej (28 lat; debiut w kadrze w 2004 roku) i Tamary Kaliszuk-Gałuchy (27 lat; debiut w kadrze w 2014 roku). Średnia wieku wyjściowej szóstki Polek na tym turnieju wynosiła 26 lat. Dla porównania średnia wieku pierwszej szóstki złotej drużyny trenera Niemczyka w 2005 roku wynosiła lat 25.

Między bajki można więc włożyć opowieści o odmładzaniu kadry, bo problemy leżą zupełnie gdzie indziej. Przede wszystkim w niestabilności składu i niezliczonej ilości roszad na wszystkich pozycjach poza rozegraniem i libero. Trzy lata to wystarczająco dużo czasu, by zbudować drużynę od podstaw i przemienić ją w nieźle działającą maszynkę – zgraną i gotową do podejmowania coraz trudniejszych wyzwań. Tymczasem my od trzech sezonów nie mamy nawet trzonu reprezentacji, który mógłby się ze sobą zgrywać i ćwiczyć schematy zagrań. W każdym turnieju gramy w innym ustawieniu – do drużyny co chwilę dołączają nowe zawodniczki, Malwina Smarzek jest rzucana miedzy pozycjami, część siatkarek w nie do końca jasnych okolicznościach rezygnuje z gry w kadrze, zasłaniając się względami zdrowotnymi… W konsekwencji na boisku panuje chaos, a gra naszego zespołu opiera się głównie na przypadku. Braki w zgraniu siatkarki starają się nadrobić ambicją, jeśli dobrze funkcjonuje zagrywka i blok, od czasu do czasu udaje nam się zagrać przyzwoity mecz. Jednak to zdecydowanie zbyt mało, by nawiązać walkę z wyżej notowanymi zespołami.

Mamy problem z selekcją, z utrzymaniem składu i namówieniem do gry w kadrze najlepszych zawodniczek. Po raz kolejny obserwujemy sytuację, gdy coraz większa grupa siatkarek unika gry w reprezentacji. W prowadzeniu zespołu ciężko doszukać się konsekwencji i pomysłu na drużynę – częste zmiany w wyjściowym składzie (zwłaszcza na przyjęciu) uniemożliwiają wypracowanie jakiegokolwiek systemu gry. Żadnych szans na pokazanie swoich umiejętności nie dostają zawodniczki z ławki rezerwowych. Kiedy trafia się dobra okazja, by na spokojnie ograć rezerwy i wprowadzić do zespołu młode, zdolne dziewczyny (np. podczas towarzyskiego turnieju w Montreux), nie korzystamy z niej, cały turniej uparcie posyłając do boju pierwszą szóstkę. A później, tuż przed startem mistrzostw Europy, znajdujemy się w sytuacji, gdy nie ma komu grać i w ramach koła ratunkowego zabieramy na imprezę juniorkę. Gdzie w tym sens? Jaką mamy gwarancję, że w przyszłym sezonie sytuacja się nie powtórzy i po raz czwarty nie będziemy świadkami budowania reprezentacji od nowa, bez ładu i składu? Już wiadomo, że część obecnych reprezentantek nie gra regularnie w klubach, więc prawdopodobnie trzeba będzie poszukać innych rozwiązań…

Nie może być tak, że ze spokojem przyjmujemy wyniki mistrzostw Europy, na których wyżej od Polek zostały sklasyfikowane zespoły z Bułgarii i Białorusi. Nie może być tak, że w kuriozalnych okolicznościach przegrywamy najważniejszy w sezonie mecz z Czeszkami i wszyscy przymykają na to oko. Nie może być wreszcie tak, że zespół przed wyjściem na boisko z góry zakłada, że w starciu z lepszym rywalem nie ma szans na wygraną (a takie głosy słyszało się od polskich siatkarek i trenera podczas kwalifikacji do MŚ w kontekście potyczki z Serbią). Idąc tym tokiem myślenia, może w przyszłym roku w ogóle nie powinniśmy startować w rozgrywkach międzynarodowych? Czeka nas szereg spotkań z drużynami ze światowej czołówki – czy w związku z tym już teraz mamy zakładać, że wszystkie mecze zostaną wyraźnie przegrane? Od drużyny narodowej trzeba wymagać konkretnych wyników. A w przypadku, gdy ich nie ma, trzeba wyciągnąć wnioski i rozliczyć trenera.

Igrzyska w sferze marzeń?

Brak awansu na mistrzostwa świata sprawia, że przyszły sezon reprezentacyjny będzie dla kobiecej kadry bardzo ubogi. Zagramy jedynie w siatkarskiej Lidze Narodów, czyli nowym turnieju, który zastąpi World Grand Prix. Na razie nie wiadomo, jak dokładnie będą wyglądać te rozgrywki, ani jak będą punktowane. Wiadomo za to, że weźmie w nich udział szesnaście najlepszych zespołów na świecie. Prawdopodobnie będzie to jedna z imprez, zaliczana do rankingów FIVB i CEV, decydujących o przydziale miejsc w turniejach kwalifikacyjnych do igrzysk w Tokio. Obok Ligi Narodów w światowym rankingu uwzględnione zostaną także punkty za mistrzostwa świata 2018 i poprzednie igrzyska w Rio. W obu przypadkach dorobek polskiej kadry będzie bardzo skromny. W rankingu europejskim (CEV) będą się liczyć także wyniki z dwóch ostatnich edycji mistrzostw Europy.

Sytuacja rankingowa Polek jest nie do pozazdroszczenia. Aktualnie w światowym rankingu plasujemy się na 22. miejscu, w europejskim na 8. Biorąc pod uwagę, że – wg planowanego systemu – w turniejach kwalifikacyjnych do igrzysk ma wziąć udział 12 najlepszych ekip z rankingu FIVB i po dwie najlepsze ekipy z rankingu kontynentalnego (CEV) – szansa na występ Polek w eliminacjach do IO jest niewielka. Szansa na wygranie mistrzostw Europy w 2019 roku i jednoczesne uzyskanie bezpośredniej przepustki na igrzyska – jeszcze mniejsza. Żeby dobrze wypaść w jakichkolwiek rozgrywkach międzynarodowych, musimy mieć drużynę, a nie zlepek przypadkowych siatkarek, które są wiecznie młode i niedoświadczone. Musimy mieć też trenera, który w ten zespół uwierzy, odpowiednio go przygotuje i zmotywuje do gry. Na razie nie mamy ani jednego ani drugiego.



Inga Świetlicka908 Posts

Od igrzysk w Atlancie wierny kibic polskich olimpijczyków. W redakcji od 2013 roku, pisze głównie o biegach narciarskich, siatkówce i gimnastyce artystycznej. Oprócz sportu pasjonatka podróży bliższych i dalszych (zwłaszcza do Rosji i byłych republik radzieckich) oraz dobrych książek i rollercoasterów.

Login

Welcome! Login in to your account

Remember me Lost your password?

Lost Password