Wtorek z kolarstwem: Wywiad z Mateuszem Rudykiem

TestYou Brain - Be a champion - train your brain with light semaphores

Mateusz Rudyk to jedna z wielkich nadziei polskiego kolarstwa torowego. Polski sprinter ostatnio wygrał klasyfikację generalną Pucharu Świata. Teraz Polak przygotowuje się do mistrzostw świata, które rozpoczną się już za ponad 2 tygodnie w holenderskim Apeldoorn.

Kamil Karczmarek: Na początku chciałbym pogratulować zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Mateusz Rudyk: Dziękuję bardzo.

KK: Jak się z tym czujesz, że zostałeś najlepszym sprinterem Pucharu Świata?

Mateusz Rudyk: Fajne uczucie. Generalnie na początku się tego nie spodziewałem, gdy przystępowałem do pierwszego Pucharu Świata w Pruszkowie. Noga dopisała przez cały okres pucharów. Udało się i to jest dobry objaw tego, że wszystko idzie zgodnie z planem w stosunku do przygotowań do mistrzostw świata.

KK: Podsumujmy ten sezon i zacznijmy od mistrzostw Europy. Byłeś w ćwierćfinale. Czy byłeś wówczas zadowolony z wyniku czy odczuwałeś niedosyt, żeby zabrakło niewiele do medalu?

Mateusz Rudyk: Na pewno niedosyt był, bo o to aby wejść do półfinału jechałem jeszcze z aktualnym mistrzem świata Denisem Dmitriewem. W biegach było 1:1, walka była wyrównana i gdzieś tam pojawiła się szansa na to, żeby wejść do półfinału. Niestety, jeszcze nie byłeś w szczytowej formie do mistrzostw Europy i zabrakło trochę. Tej formy szczytowej nie było jakby. Też trochę doświadczenie tam zagrało ogromną rolę, bo przegrałem głównie z doświadczeniem ogromnym, które akurat Rosjanin posiada. Niedosyt lekki został, ale potem na Pucharach Świata sobie wszystko odgryzłem.

KK: Puchar Świata rozpoczął się w Pruszkowie. Tam pewnie awansowałeś do finału, gdzie spotkałeś się z Matthewem Glaetzerem. Zająłeś ostatecznie drugie miejsce. Jakie było uczucie osiągnąć najlepszy wynik w karierze przed polskimi kibicami?

Mateusz Rudyk: Odczucie było bardzo fajne. Nie dość, że to był Puchar Świata w Polsce. Już od wielu lat takiej imprezy w Polsce nie było. Można było się pokazać u siebie przed swoimi kibicami.To ogromna radość, to dawało dodatkowej motywacji na starcie. Trzeba było dać z siebie wszystko. Nie można było zawieść kibiców. Trochę byłem niezadowolony, bo znowu zaważyła nie moc, a technika. Jestem młodym zawodnikiem i jednak jeszcze tej techniki mi brakuje. Było widać, gdy oglądałem już to z trenerem po wszystkim to, że nie przegrałem z Matthewem Glaetzerem siłą a doświadczeniem tym, że on był cwańszy ode mnie w rywalizacji i tym przegrałem.

KK: W kolejnym Pucharze Świata w Manchesterze w finale przegrałeś z Harriem Lavreysenem. Czego zabrakło tutaj do zwycięstwa?

Mateusz Rudyk: Tam już niestety, ale siły. Od początku miałem ciężkie biegi, gdyż w kwalifikacjach byłem bodajże 10. albo 11. Od początku miałem ciężkich przeciwników, co kosztowało mnie dużo siły. Na Pucharach Świata sprint jest rozgrywany w jednym dniu, od rana do nocy praktycznie, więc nie starczyło tej siły, żeby nawiązać rywalizację z Holendrem. Jest on aktualnym wicemistrzem świata. Z jednej strony zabrakło sił, z drugiej strony wiem czego mi brakuje i trenowaliśmy to teraz z trenerem. Mam nadzieję, że będzie lepiej.

KK: W Milton i w Mińsku nie udało się stanąć na podium, ale wyniki były też dobre. W jaki sposób udało Ci się utrzymać tak wysoką formę przez cały sezon Pucharu Świata, dzięki czemu wygrałeś klasyfikację generalną?

Mateusz Rudyk: Głównie tym, że przygotowywałem się do tego. To był pierwszy sezon, gdzie miałem walczyć w Pucharach Świata. Nastawialiśmy się na to, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Najbardziej nastawialiśmy się na 2 pierwsze Puchary Świata, które były po drodze. Następne to już bardziej pracą, dlatego już wyniku nie było. W Kanadzie było 6. miejsce, w Mińsku 4. To wszystko w ciężkiej pracy i nie można było się szykować tylko pod te puchary, bo byłoby to kosztem mistrzostw świata. Były to zawody bardziej potraktowane trochę treningowo, ale podchodziłem do nich mocno, bo pojawiła się szansa, żeby wygrać Puchar Świata i dlaczego z niej niej skorzystać. Z trenerem kombinowaliśmy, żeby wystartować te puchary, ale żeby nie dawać z siebie 100 procent. Te zawody nie były dla mnie docelowe, żeby tam mieć szczyt formy. To jest wszystko w ciężkiej pracy, w treningu i to był taki mocny trening przed mistrzostwami świata.

KK: Czy mistrzostwa świata będą najważniejszym celem w tym sezonie?

Mateusz Rudyk: Tak, będą najważniejsze. Szykuję się pod nie już od dłuższego czasu, aby tam powalczyć o medal. Zobaczymy co to będzie. W związku popsuło się dużo rzeczy, co przeszkodziło bardzo mocno w przygotowaniach. Powinniśmy być na zgrupowaniu w ciepłym i trenować tak jak nasi rywale, to my walczyliśmy tak naprawdę o przetrwanie. Czy w ogóle pojedziemy na te mistrzostwa świata, czy się uda czy nie. Wszystko to jest nie tak jak powinno być. Ratowałem się jak umiałem. Jakoś to wychodziło przez puchary i zobaczymy co mistrzostwa świata pokażą. Czy te problemy w związku tak się jednak nie odbiły na wyniku końcowym czy jednak dadzą o siebie znać na mistrzostwach świata.

KK: Czy masz jakieś swoje oczekiwania na start na mistrzostwach świata czy chcesz zaprezentować się jak najlepiej?

Mateusz Rudyk: To będą moje drugie mistrzostwa świata, a pierwsze gdzie będę startował indywidualnie. Nie wiem czego się tak naprawdę spodziewać, bo to jednak mistrzostwa świata. Tutaj startują wszyscy najlepsi zawodnicy na świecie. Na pewno będzie bardzo wysoki poziom. Jednak celuję w medal, nie można jechać tam, żeby celować w pierwszą dziesiątkę. Na pewno będę walczyć o medal, mam to gdzieś w głowie. Mam nadzieję, że uda mi się to osiągnąć.

KK: Rok temu w drużynie zajęliście 4. miejsce, czyli blisko medalu. Jak wspominasz tamten start?

Mateusz Rudyk: Wspominam dobrze generalnie. Pierwsze mistrzostwa świata, czwarte miejsce. Zabrakło bardzo niewiele do brązowego medalu wtedy z Francuzami. Popłakałem się po starcie, jak zobaczyłem, że minimalnie przegraliśmy. Został niesmak tego wszystkiego, że niekonieczne były dobre decyzje, bo musieliśmy zamienić zawodników. Jestem specjalistą drugiej zmiany, a w finale musiałem jechać z trzeciej. Dla mnie był to taki sprawdzian siebie, tego co mogłem pokazać, jaką formę prezentowałem. Czwarte miejsce na świecie, nie można mówić, że to jest zły wynik, ale jednak ten medal był tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. Mało zabrakło i taki niesmak po prostu zostaje.

KK: Teraz także w Holandii na mistrzostwach świata będziecie faworytami do medalu w drużynie. Po niepowodzeniu na mistrzostwach Europy i w Pruszkowie, na pewno pewności siebie dodało Wam drugie miejsce w Mińsku.

Mateusz Rudyk: Dało nam właśnie takiej pewności, że jednak co się ruszyło. Zobaczymy, trochę przeszkodził nam związek. Nie mieliśmy szkolenia i z kolegami z którymi będę startował na mistrzostwach świata w sprincie drużynowym, tak naprawdę teraz dopiero razem trenujemy. Tak to każdy osobno gdzieś trenował, ratował się jakimiś swoimi planami treningowymi. Ani to trenera nie było, ani niczego tak naprawdę. Z faworytów staliśmy się takimi, którzy walczą o przetrwanie. Na pewno w drużynie, jak będziemy w szóstce to będzie to dla nas ogromnym sukcesem. Mimo problemów potrafiliśmy się odratować. Na pewno będziemy się starali dać z siebie wszystko i może się uda. To na razie jest dla nas wielką niespodzianką i niewiadomą, co jesteśmy w stanie pojechać.

KK: Ważne jest to, że jest Was kilku i możecie dokonywać zmian w drużynie. Zawody składające się z eliminacji, pierwszej rundy i finałów odbywają się jednego dnia.

Mateusz Rudyk: Na pewno zawodnik na trzeciej zmianie najbardziej to czuje, bo ciężko jest przejechać 3 biegi na takim wysokim poziomie. Na pewno będziemy wymieniać tego trzeciego zawodnika. Mamy paru zawodników na trzecią zmianę i na pewno będzie zamiana, jeżeli będzie finał. Trzy razy przejechać 750 metrów na takiej prędkości daje o sobie znać w nogach.

KK: Ważne dla Ciebie będzie zachowanie energii, gdyż po sprincie drużynowym jest tylko jeden dzień przerwy przed sprintem indywidualnym.

Mateusz Rudyk: Na pewno też to trzeba będzie mądrze rozegrać. W środę w sprincie drużynowym trzeba będzie mocno pojechać. Będzie to przepalenie przed sprintem indywidualnym. Potem w czwartek trzeba się zregenerować i odpocząć. Potem do boju i zobaczymy co to będzie. Na pewno jestem przygotowany na środę na 3 biegi i potem w piątek oraz sobotę na sprint indywidualny. Mam zasoby energii na te 3 dni ścigania. Mam nadzieję, że to jakoś się uda.

KK: Jak wyglądają twoje przygotowania do mistrzostw świata?

Mateusz Rudyk: Jestem w Pruszkowie, trenuję na torze. Mam dwa treningi dziennie, odpowiednia dieta, suplementacja. Jestem w konsultacjach z trenerem Igorem Krymskim i zobaczymy co z tego wyjdzie.

KK: Jak radzicie sobie z trudną sytuacją w Polskim Związku Kolarskim? Nie dotyczy to kolarze szosowych jeżdżących w zawodowych ekipach, a właśnie Was torowców.

Mateusz Rudyk: Szosowcom mającym kontrakty w ekipach związek do niczego nie jest potrzebny. My, głównie sprinterzy jesteśmy uzależnieni od związku. 300 dni w roku musimy być na torze, trenować. Mamy centralne szkolenie, czyli jest trener kadrowy. Musimy jako kadra razem trenować, nie jak na szosie, że zawodnicy są porozrzucani po ekipach. Nie mieliśmy możliwości wspólnych treningów. Od października trener był tak naprawdę na doczepki: przed mistrzostwami Europy na 2 tygodnie, przed Pucharem Świata w Pruszkowie i po PŚ w Pruszkowie byliśmy bez trenera. Ciężko było się pozbierać, bo musieliśmy sami inwestować w siebie. Musieliśmy opłacić trenera, żeby opisał plan treningowy, opłacić siłownię. Tak naprawdę musiałem wszystko opłacić. Nie mieliśmy żadnego szkolenia i każdy ratować się jak mógł. Te mistrzostwa świata będą dla nas ciężkie. Świat szukał tych ułamków sekund w tunelach aerodynamicznych, w kombinezonach, w sprzęcie. My walczyliśmy o to, żeby przetrwać i móc jakkolwiek trenować. Mieliśmy ciężko, przeszkadzano nam bardzo w przygotowaniu. Wojny w związku niestety odbijały się na nas. Dziennikarze dzwonili, telewizja pytała jak to jest, jak zawodnicy sobie radzą. Zamiast skupić się na trenowaniu to musieliśmy walczyć o swoje. Generalnie ze wszystkim był problem. Mam nadzieję, że teraz już wyjdzie to wszystko na prostą. Od sierpnia jest już kwalifikacja olimpijska, trzeba łapać punkty. Mam nadzieję, że po mistrzostwach świata to wszystko wróci do normy i będziemy mogli w spokoju trenować i szykować się do najważniejszych imprez.

KK: W kadrze są również doświadczeni sprinterzy Damian Zieliński i Kamil Kuczyński. Możesz się od nich sporo nauczyć.

Mateusz Rudyk: Tak. Trenujemy razem i na pewno nie raz zapytaj ich w jakiejś sytuacji, jak oni by to zrobili. Są bardziej doświadczeni, mają więcej startów w nogach. Staram się pytać ich, jak oni rozegraliby dany bieg. Na przykład w Mińsku pytałem Kamila Kuczyńskiego jak on rozegrałby bieg z Theo Bosem, bo nie miałem pomysłu. Jechałem pierwszy raz z tym zawodnikiem, a Kamil go znał. Kamil mi pomagał, ale musiałem uznać wyższość Theo Bosa. Na pewno pomagają mi koledzy w takich rozgrywkach. Mogę się od nich uczyć tego wszystkiego, bo oni mieli już starty na igrzyskach olimpijskich czyli na takich zawodach, gdzie jeszcze nie byłem. Bardzo pomagają mi swoją wiedzą i doświadczeniem. Starają się też mi pomóc.

KK: Warto też dodać, że musisz zmagać się z chorobą Hashimoto (choroba tarczycy) i z cukrzycą. Jakie utrudnienia w życiu kolarza się z tym wiążą?

Mateusz Rudyk: Na pewno to, że muszę kontrolować poziom cukru, który może później zaważyć o moim poziomie sportowym. Gdy jest za wysoki poziom cukru, to organizm momentalnie się szybciej zakwasza, co skutkuje potem mniejszą siłą. Gdy jest on za niski to, jak się mówi w środowisku kolarskim „odcina prąd” i nie ma czym jechać. Podczas wysiłku poziom spada, a jak równocześnie wchodzi stres to się podwyższa. Mierzę poziom cukru podczas zawodów nawet 15 razy, używam glukometra i sprawdzam czy jest wszystko w porządku. Do tego dostrzykiwanie insuliny, której moja trzustka nie wytwarza. Muszę się pilnować z jedzeniem, ze wszystkim. Jest dużo niepotrzebnych problemów, gdzie moi rywale mogą spokojnie usiąść, odpocząć, szykować się do startu. Ja wtedy muszę mieć w głowie to, że jestem chory i muszę pilnować tego wszystkiego, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik, żeby choroba nie przeszkodziła mi w rywalizacji na najwyższym poziomie.

Login

Welcome! Login in to your account

Remember me Lost your password?

Lost Password